RATRACE  – Harder they fall
Hardcore Tattoo Rec. 2018

Trójmiasto do tej pory nie kojarzyło mi się szczególnie hardcorowo, chyba że zgubiłem się w nocy na Morenie, albo spotkałem nazioli na dworcu Gdynia Główna. Ale tym razem chodzi o ten rodzaj hard core, przy którym wybite zęby zbiera się najwyżej spod sceny, czyli przemoc w wersji soft. Tymczasem z pięknej tej nadmorskiej okolicy pochodzi Ratrace, który swoim graniem wypełnia trochę lukę na mapie północnej Polski.

Nie będę się rozpisywał o muzyce. Jest raz ciężej, raz szybciej ze sporym zapasem energii – tak jak powinno być. Przytrafiają się soczyste refreny i momenty kiedy maszyna nienawiści zwalnia do tempa zabójczego moshpitu. Zdecydowanie nic dla mięczaków, więc jeśli trenujesz balet zamiast kickboxingu albo kulturystyki to odpuść sobie sprawdzanie Ratrace. To soundtrack do bójek pod nocnym nie szydełkowania. Wszyscy moi przemądrzali koledzy nazywają taką muzę „kwadratowe hc”, bo rzeczywiście styl jest określony i pewne schematy obowiązują do bólu. Ale z drugiej strony uwielbiam się bawić przy takich riffach i do Ratrace też miałem okazję poskakać raz na żywo, było naprawdę super. Bardzo podoba mi się, że nie wszystkie kawałki są po amerykańsku. Jak to jest, że rodzimi hiphopowcy są w stanie na gruncie zagranicznego gatunku odnaleźć się we własnym języku, a w nurtach typu punk, hc ta tradycja zanika? To już temat na odrębne rozważania.

Nagrania są naprawdę zajebiście wyprodukowane i to jest ostatni raz  kiedy piszę to w recenzji, bo przestaliśmy być III światem i pora w ogóle uciąć bezustanne porównywanie się. Jakbym miał się do czego przyczepić, może troszkę za nowoczesne i sterylne jest to brzmienie, ale słucha się świetnie. Myślę, że album do postawienia na półce obok podobnych zespołów zza granicy.
Stan