VALERY MESS – Granice absurdu
Lou&Rocked Boys 2017

Valery Mess to bydgoska supergrupa, której członkowie grali w zespołach klasy światowej (Abaddon), ogólnopolskiej (Upside Down) oraz lokalnej (Good 4 Nothing). Dwa z tych zespołów trudniły się trudną sztuką przenoszenia na polski grunt amerykańskiego melodyjnego hc/punka i ten sam trud postanowiła kontynuować pani Waleria Bałagan.

„Granice absurdu” to trzecie wydawnictwo zespołu, wcześniej światło dzienne ujrzały dwie wydane własnym sumptem epki, co owocuje uzyskaniem już pewnego charakterystycznego dla grupy brzmienia i stylu w którym to co z za oceanu płynnie miesza się z tym co nad Brdą. Korzenie tej muzyki są niewątpliwe amerykańskie, inspiracja takim Bad Religion wydaję się bardzie niż oczywista, natomiast jest w tym wszystkim pewien pierwiastek swojskości, który podskórnie pulsuje w melodyce zespołu i liniach wokalnych. Jest to rzecz, która może się podobać lub nie. Mnie początkowo trochę się to gryzło i podchodziłem do tej płyty jak pies do jeża. Jednak z czasem przekonałem się do tych kilku punkowych piosenek na tyle  by bez naciągania stwierdzić, że są po prostu fajne. Ba, takie numery jak „Plan”, „Imperium” czy „Żadnych map” to nawet bardzo fajne.

Wszystkie teksty na płycie zostały napisane w narzeczu nadwiślańskim i w tej kwestii nie ma się zupełnie do czego przyczepić, gdyż są po prostu literacko niezłe. Czasem poważne, czasem żartobliwe ale zawsze dobrze napisane i nie irytujące językową nieporadnością, która czasem towarzyszy zespołom mierzącym się z mową ojców.

Całkiem sympatyczną płytę zmontowali bydgoscy weterani. Słychać na niej siłę doświadczenia, pod względem brzmieniowym, produkcyjnym  czy aranżacyjnym chodzi tu wszystko jak należy, oraz konkretny pomysł na kierunek w którym ma podążać ten zespół. Nie jest może nie wiadomo jaki killer ale słucha się dobrze. Do samochodu jak znalazł. Oby nie zwiodły hamulce i nie siadło sprzęgło!

PS Grafika na okładce to trochę koszmarek. Demówki się w tej kwestii prezentowały lepiej.

Wiktor Rykaczewski