THE DECLINE! – Heroes on empty streets
Kicking, Guerilla Asso, Rural Muzik, Zone Onze, Abracadaboum, General Strike 2017

Nie spodziewałem się tego. Wiedziałem, że raczej będzie dobrze, ale tak fantastycznego albumu się nie spodziewałem. Zrobiłem sobie z nią przerwę na tydzień, żeby sprawdzić siłę naszej miłości. Podobnie, jak w innych tego typu sytuacjach, także w kontekście muzyki, próba odstawienna najczęściej kończy się nawrotem ze zintensyfikowaną siłą. Jeśli to uczucie szczere i głębokie.

Płyta roku. Nie zakochałem się w niej od razu, ale każde kolejne przesłuchanie wiązało mnie z kolejnym numerem, aż w pewnym momencie nie bez zdziwienia stwierdziłem, że tu naprawdę nie ma zapychaczy. Nic w stylu: „3 super hity, 3 ok, 5 ok, może być, jeden akustyk na koniec”. 12 piosenek, 12 hitów. Świetnie zaaranżowanych, bardzo dobrze nagranych, z pomysłem na brzmienie: jasne, ale nie przesłodzone. Słychać, co wokalista śpiewa. Swoją drogą to też świetnie, bo warto zapoznać się z tekstami kolegi funkcjonującego pod artystycznym pseudonimem Marylin Cash. Opisywanie muzyki w czasach internetu jest zadaniem karkołomnym, zwłaszcza, że łatwo wpaść w pułapkę sprowadzenia całości do porównywania średnio znanych zespołów, do innych, bardziej znanych zespołów. Tak, jakby hasło „brzmi jak Ramones” miał cokolwiek zasugerować. No więc nowe Decline brzmi, jak skrzyżowanie Bad Religion, dobrych ballad Social Distortion, trochę Gaslight Anthem, ale raczej z okresu debiutu, niż „Get Hurt”, trochę starego Calexico, ale też sporo angielskiego streetpunka z lat 80. Teraz myślę, że ta płyta jest raczej brakującym ogniwem pomiędzy wymienionymi, a nie zaledwie ich sprawną imitacją

Na początku bardzo mi się kojarzyła z moimi ulubionymi amerykańskimi zespołami melodic-nostalgic streetpunk, czyli The Beltones i przede wszystkim doskonałymi Pistol Grip. To prawda, jest w niej sporo skojarzeń amerykańskich, ale nie jest to nachalne.

Słychać też, że grają w tym zespole czujni ludzie. Gitarzyści mają pomysłowe partie, świetnie (czyli bardzo oszczędnie) operują efektami, ciekawie ale nie cyrkowo gra basista, wokal M. Casha w swoim ochrypłym Waitsowo-Strummerowym brzmieniu doskonale się w to wpasowuje. A przede wszystkim panowie po prostu wiedzą, jak sensownie połączyć akordy i napisać do nich jakąś melodię dla wokalisty czy bardzo czujnych chórów. Bawią się formą.

Kilka lat temu dla papierowej wersji Dead Pressa popełniłem wywiad z nimi, tuż po ukazaniu się debiutu „Broken hearts for beating hearts”. Już wtedy było super, ale najświeższy krążek kładzie tamten na łopatki. Po prostu sprawdźcie „We love our scars” (doskonały tekst), „Own Goals” (początek bardzo Bad Religion), „House of Mirrors” (doskonały tekst), rancidowe „Joyful thrill”, „Outsiders” (świetny refren), czy nawet realizujący dość popularną formułę „wrzućmy na koniec jakiegoś akustyka” „NightWagon Blues” z naprawdę fachowymi partiami na gitarze. Płyta roku. 10/10 Mroku