DAYS N’ DAZE – Crustfall
All we’ve got 2017

Folk-punk, crust-folk-punk, anarcho-folk-punk. Nieważne. Instrumenty głównie (wyłącznie?) niezasilane prądem, banjo, gitara, tara, trąbka. Chóralne śpiewy, piosenki o wyraźnie lewicowym, alternatywnym wydźwięku, nagrane na płycie, która w całej swojej okazałości wpisuje się w niezależno-DIY-skłoterski etos jakim szczyci się Days n Daze. To nie jest pierwsza płyta Teksańczyków, nie są też pierwszym zespołem, który ma pomysł na ubranie politycznego przekazu w bardzo strawną piosenkową formę, z jednej strony inspirowaną punk rockiem, a z drugiem bardami w stylu Woody’ego Guthrie, czy Pete’a Seegera. Natomiast swoją rosnącą popularność bez wątpienia zawdzięczają ogromnemu talentowi do pisania, ciekawie zaaranżowanych, bardzo melodyjnych piosenek, które mimo teoretycznie ubogiego zestawu, są niezwykle bogate i rozbudowane. A może wcale nie potrzeba potężnych kolumn, żeby na Twoim koncercie było pogo, stage-diving, krew, pot i łzy?
Świetna płyta. Tekstowo bezbłędna, muzycznie bardzo odważna, a jednocześnie prosta, a przede wszystkim, stosując terminologię piłkarską, przepełniona wysoką jakością. Fajne „To risk to live” z gościnnym udziałem ziomka pt. Freddie Boatright, doskonałe, motoryczne „Note Idol”, wspaniałe „Self loathing”, chyba najfajniejsze na płycie „Exhausted insomniac”, które jest coverem mocno niszowego zespołu RCI, równie przebojowe „Days n Daze of our lives”, czy „World War 3”. To tzw. piosenki dynamiczne. Sekcję piosenek spokojnych reprezentują, liczone na trzy „Insta mental breakdown”, czy „Devil’s hour”. Bezsensowna wyliczanka. Wszystkie są świetne. Ten album jest świetny. Ci ludzie są świetni, potrafią się uśmiechać, potrafią żartować (w tym z samych siebie), a nic przy tym nie tracą na wiarygodności, czy sile przekazu.

Mroku