THE SELECTER – Daylight
DMF 2017

Bardzo intensywne rozpisywanie się na temat kondycji ska w Polsce jest równie sensowne jak polemika ze ścianą/człowiekiem przekonanym, że to infantylna muzyka dla debili, od zawsze na zawsze niezdolna do promowania treści bogatszych, niż: piwo/bójki/piłka/imprezy ska. Przykładów przeczących tej tezie w przeszłości bliższej (Interrupters, Atrocity Solution), dalszej (Classics of love), dalekiej (Citizen Fish), albo kompletnej prehistorii (Specials, Beat) jest bez liku. Ciekawą prawidłowością jest także fakt, że na temat prostoty/prostactwa grania ska, najchętniej wypowiadają się gitarzyści, którzy swoje pojedynki z tym gatunkiem przegrywają przed wejściem na ring. Część felietonową tej recenzji mamy z głowy.

Selecter umie grać ska. Bez wątpienia. Natomiast nie jestem przekonany, czy akurat ten album jest najlepszym przykładem, jak doskonałe potrafi pisać piosenki. Pierwsze spotkanie z fenomenem 2 Tone (i ska w ogóle) zawdzięczam pewnemu nieżyjącemu już bydgoskiemu weteranowi aktywności wszelakich, który prawie 20 lat temu puścił 15-latkowi „Too much pressure”. No i zniknęły naszywki Włochatego i Guerniki, a pojawiły się szachownice, szelki i tak dalej, i tym podobne. „Frontline” nie ma startu ani do omawianego debiutu, ani do równie doskonałej płyty nr 2, pt. „Celebrate the bullet”. Poza dwiema wspomnianymi Selecter popełnił w międzyczasie jeszcze kilka albumów, ale o ile całkiem świeży „Subculture” jest niezły, o tyle płyty z lat 90. („Happy album”, czy „Pucker”) polecam tylko bezkrytycznym wyznawcom tego zespołu.

„Daylight” bliżej do „Subculture”, niż „Puckera”. Mało na nim dynamicznego zasuwającego 2 Tone po linii „Three minute hero”, więcej nastroju reggae, czy rocksteady. To nie są złe piosenki, ale niezależnie od liczby szans, jaką dawałem temu albumowi, głębszej więzi z nim nie poczułem. Nie zrozumcie mnie źle, „Frontline” to świetny numer, „Taking back control”, czy „3 reasons” to również świetne numery. Ale, gdybym tworzył „best of” tego zespołu, żadna z piosenek z „Daylight” by się na nim nie znalazła. I to mimo powrotu zespołu do relatywnie oryginalnego składu z wokalistą Arthurem Hendersonem dzielnie wspierającym nieśmiertelnie nieziemską Pauline Black.

Mroku