THE STUBS – Let’s Die
Instant Classic 2017

Stołeczni Stubsi wydają czwartą dużą płytę i mówią umrzyjmy i umierają. No może nie od razu bo zanim nastąpi ostateczne rozwiązanie w planach mają jeszcze siedem pożegnalnych/promujących nową płytę koncertów. Ale po za tym to koniec, finito, kaput i do piachu.

Trochę szkoda tego składu bo mimo iż formuła muzyczna jaką postanowili wcielać w życie jest prosta jak drut to jednak z połączenia tego punkowego luzu i swojskości, profesjonalnego mimo wszystko podejścia do wielu kwestii funkcjonowania zespołu oraz eksplorowania bluesowych i rock’n’rollowych korzeni muzyki wyszło coś bardzo ciekawego i unikalnego. Coś co pod sceną łączyło punków, wielkomiejską hipsterkę jak i zwyczajnych gości lubiących rocka. Do tego to coś miało również spory potencjał komercyjny, gdyż mimo tego, że Stubsom nie obce było grywanie na skłotach czy w małych klubach to jednak liznęli też trochę szołbizu pojawiając się w kilku rozgłośniach radiowych czy też grając na Męskim Graniu. Myślę też, że gdyby nie postanowili nagle zejść ze sceny niepokonani, to na dobrej drodze by zrobić jakąś tam karierę.

Muzycznie The Stubs ponownie zapraszają nas do wejścia dokładnie do tej samej wody z której wyszliśmy po wybrzmieniu ostatnich akordów z poprzednich krążków grupy. Nie ma żadnych innowacji, rozszerzenia formuły czy poszukiwań. Dostajemy The Stubs takie jakie znamy i lubimy – łączące punkowy brud z nostalgicznym bluesem oraz korzennym rock’n’rollem, pulsujące swoją bardzo charakterystyczną zadziorną rytmiką i zakrapiane nutką proto-punkowego szaleństwa. Do tego obowiązkowy motyw maski meksykańskiego zapaśnika na okładce. Że niby zjadanie własnego ogona? Chyba jednak jeszcze nie. Po co udziwniać skoro to co zostało wymyślone sprawdza się doskonale? Słuchając po raz pierwszy „Let’s die” odnosiłem często wrażenie, że znam już tę płytę. Pojawiały się z patenty bardzo charakterystyczne, a momentami mógł bym przysiąc, że słyszałem już część numerów wcześniej. Mimo jednak tej zamierzonej wtórności jestem w stanie słuchać tej płyty kilka razy z rzędu, co świadczy o tym, że materiał jest po prostu bardzo dobry.
Podobnie jak na poprzednich albumach jest tu kilka wyróżniających się rodzynków. Mnie najbardziej po tych kilkunastu przesłuchaniach płyty podeszły do gustu „Red bean”, „Gasoline” oraz tytułowy „Let’s die”. Na uwagę moim zdaniem zasługuje pojawiający się czasami i grający bardzo oszczędnie klawisz, który świetnie urozmaica brzmienie i doskonale wpasowuje się w konwencję zespołu.

The Stubs u schyłku swojego żywota nie dokonują może przełomu ale na pewno nie zostawiają po sobie kasztana zrobionego na odpierdol. „Let’s Die” to bardzo dobra płyta, która godnie zamyka historię zespołu i na pewno sprawi sporo frajdy fanom kapeli. Jeśli zatem jesteś jednym z nich to nie ma się co zastanawiać. Kup płytę, idź na jeden z ostatnich gigów  i celebruj ten zgon razem z nimi.

Wiktor Rykaczewski