RANCID – Trouble Maker
Hellcat 2017

Przy różnych okazjach zdarza mi się natknąć w internecie na rankingi płyt Rancida. W większości wygrywa „…And Out Come the Wolves”, rzadziej „Life won”t wait”. Czyli krążki z lat 90. Przyznajmy, wybitne. Płyty, które się nie nudzą i są pewniakiem do każdego zestawu na dowolne nie tylko samochodowe podróże. Często pada też nazwa znacznie świeższego „Indestructible”, który również jest dobrą, podobnie jak powyższe bardzo różnorodną, płytą. Osobiście bardzo lubię też ostrzejszą „Rancid 2000”, ale w tej sympatii jestem raczej odosobniony. Ostatnie produkcje Rancida budzą jednak głównie mieszane emocje.
Tak było z „Let the dominoes fall”, czy bardziej „Honor is all we know”, choć ten drugi album zawiera na przykład doskonałe ska „Evil’s my friend”. W ogóle ska wychodzi temu zespołowi świetnie, bardzo lubię słuchać kompilacji ich jamajskich numerów „All the moon-stompers”, która jest świetna od a do z. Może za mało, nie tylko tego typu, wycieczek poza punk rocka powoduje mniej entuzjastyczne przyjęcie ostatnich krążków?
Nową płytę znowu promowały klipy, na których zespół udawał, że gra, a muzyka leciała w wersji studyjnej. Zupełnie mi to nie przeszkadza. Podobnie, jak wizualne metamorfozy poszczególnych muzyków.
No bo koniec końców, cały szum dookoła zespołu wynika z tego, że na jego płyty się czeka, a te niezależnie od mniejszych, czy większych rozczarowań, zawsze są bardzo dobre. Zespół sam sobie ustawił poprzeczkę bardzo wysoko i publiczność zawsze oczekuje pięciobramkowego zwycięstwa i przynajmniej trzech bramek strzelonych przewrotką.

„Trouble maker” jest dobrą płytą. Otwiera ją dynamiczne „Track fast”, potem również szybkorancidowe „Ghost of a chance”, bardziej stonowane (czujne wykorzystanie akustyka) „Telegraph Avenue”, przez samych muzyków określane jako „trybut złożony wszystkim walczącym o wolność słowa”. Bardzo, bardzo mi się podoba następne „An Intimate Close-Up of A Street Punk Trouble Maker”, który jest dokładnie tym, o czym mówi jego tytuł, czyli świetnym streetpunkowym strzałem, z doskonale rzewną solówką Frederiksena. Kolejne „Where I’m going” kapitalne ska, gdzie bardzo czujnie pracują tutaj klawisze obsługiwane przez gitarzystę doskonałych Interrupters, Kevina Bivonę. A do końca płyty jeszcze m.in. bardzo dobre piosenkowe „Farewell Lola Blue”, motoryczne „All American Neighborhood”, które przypomina, że w Rancidzie basistą jest szalony solówkowicz, który lubi wysokie dźwięki, „Make it out alive”, czy zamykający „This is Not the End”.

Cztery piosenki (łącznie z nimi mamy stare, dobre rancidowe 19 indeksów) z wersji rozszerzonej spokojnie mogłyby się znaleźć na jej standardowym wydaniu, bo poziomem absolutnie nie odstają, a taki „Go on rise up” to hit, zresztą wyraźnie inspirowany The Clash z okresu „Give’em enough rope”. Bardzo dobra rzecz. Niestety, zawarcie piosenek z wersji rozszerzonej na płycie w cenie standardowej oznaczałoby, że wersja rozszerzona nie ma racji bytu. A to niekoniecznie musi podobać się księgowym. Ale tak szczerze, to też mi kompletnie nie przeszkadza, bo sam zespół umieścił wszystkie piosenki na swoim Youtubie, co wydawałoby się, że w 2017 roku powinno być standardem, ale jak dobrze wiemy, nie jest.

Znam kilka osób chore na ten zespół, niektóre nawet bardzo i sam się do nich w jakimś stopniu zaliczam. „Trouble maker” na pewno mnie z tego nie wyleczy.

P.S. Mam problem z przyznaniem liczbowej oceny, zwłaszcza, że inni recenzenci Dead Pressa mocno zaburzają moje rozumienie skali dziesięciostopniowej, nie uznając cyferek, niższych, niż 5 :) Co jednak jest częściowo zrozumiałe, zważywszy na foszki, jakie podobno stroją rodzimi muzycy i wydawcy, gdy opinia nie jest entuzjastyczna. Przymuszony do wystawienia stopnia daję 8/10.

Mroku