COCK SPARRER – Forever
Randale/Pirate Press/Chase The Ace 2017

Doskonała płyta. Od początku do końca. Mam wielki szacunek dla kogokolwiek, kto ogarnia chociaż połowę ukazujących się nowości, więc podobne opinie trzeba formułować bardzo ostrożnie, ale na podstawie tego, co słyszałem, mocny pretendent do mojego ulubionego wydawnictwa z trwającego wciąż roku. Póki co o fotel lidera konkuruje tylko z tegoroczną płytą Rotten Mind. „Forever” ukazała się bez wielkich zapowiedzi, klipów, i innych PR-owskich werbli dudniących na długo przed premierą. Z jednej strony Sparrer tego typu zabiegów nie potrzebuje, bo i tak wszyscy go znają i z mniejszym większym stękaniem po płytę sięgną, z drugiej jest w tym bardzo konsekwentne podejście: „podoba się? super! nie podoba? też super, i tak będziemy robić po swojemu”.
Nowa płyta londyńczyków jest stylistycznie bliska poprzedniej, również świetnej „Here we stand”, która wyszła w 2007 roku. Poprzedniej. Dekadę temu…

Moją ulubioną płytą Sparrera jest „Runnin Riot in ’84” i w porównaniu do niej, na nowym wydawnictwie jest zdecydowanie mniej rzewności, a ballad w stylu „Think Again” nie ma tu wcale. To głównie, podobny stylistyce „Here we stand” średnio szybki, motoryczny punk rock bez eksperymentów, udziwnień i szukania kwadratury koła, które w wypadku starszych panów rzadko jest dobrym pomysłem. Tu przepis jest prosty: melancholijne solówki, prosta (nie prostacka!) gra sekcji, świetny głos frontmena, który układa świetne melodie, a jednocześnie umiejętnie podkreśla to, co jest ważne w tekstach. Często osobistych, poruszających kwestie chorób („Gonna Be Alright”), śmierci najbliższych, lojalności wobec nich („A Family of One”), ale też wobec samego siebie („I’ve had enough”). Panowie dojrzewają, ale liczne obiekcje wobec strażników Babilonu ze służb umundurowanych jawnie („Somebody’s brother, somebody’s son” z doskonałym bridgem) i mniej jawnie („Don’t tell anyone anything”), wciąż wyrażają. Wciąż wskazują palcami całą marność oportunistów („Nothing like you”) i przeciętniactwa („Contender”), także  w doborze życiowych partnerów („Up with this”). Z każdym kolejnym rokiem, coraz bardziej doceniam spojrzenie na świat, widzianyprzez pryzmat tych tekstów. Bez zadęcia, bez szczytnych deklaracji bez pokrycia, z wyraźnie wyrysowaną linią frontu między wykorzystywanymi, okradanymi masami i wykorzystującą, kradnącą mniejszością, najczęściej utożsamianą z kastą polityków i ich służących. Fani winyla mogą zapłacić za efektowny nośnik, który kosztuje więcej, niż CD, ale dzięki temu zawiera mniej piosenek. Pokrętna jest ta logika wydawnicza w XXI wieku, ale co kto lubi. Bonusy z wersji kompaktowej są historią samą w sobie: gorzki, ironiczny „Sons of the New Millenium”, czy najlepszy na całej płycie „You lost the war”. „They told you it was freedom, you were fighting for, A country fit for heroes, A paradise for sure”. No ja nie wiem, jak do tego zespołu mogą puszczać oko zwolennicy brunatnego kolektywizmu. Zresztą, tu znowu „Running Riot in ’84”, już takie „Run with the blind” było jasnym komunikatem, co o pomysłach zbiorowego szczęścia sądzą muzycy z East Endu.

Tezy z cyklu „pierwsza płyta jest zawsze najlepsza”, „nowe płyty, starych zespołów to odcinanie kuponów” itp. są poszukiwaniem, bardzo kuszących w swojej bezpodstawności, mistycznych zależności w bardzo prostym równaniu, gdzie kreatywność i odwaga muzyków dają rezultat w postaci mniej lub bardziej udanego albumu. No więc, jeśli mocno stoisz na ziemi, jesteś rzetelny, masz ugruntowane poglądy i potrafisz obsługiwać swój instrument (ze szczególnym uwzględnieniem instrumentu pt. struny głosowe), to Twoja płyta musi być dobra. Tutaj geny, wylosowały tyle talentu, że ocena może być wyłącznie 10/10.

Mroku