SUE RYDER – Nic nie musisz CD
Spółdzielnia 2016

Jedno jest pewne: żaden szalony naukowiec pracujący nad syntezą pierwiastka warszawskości nie poradzi sobie bez tej płyty.

Sue Ryder to kapela ciesząca się sławą na razie lokalną i mocno osadzona w miejscowej tradycji. Gatunek jaki grają najprościej określić mianem podwórkowego rockabilly w stołecznym klimacie, który przed nimi rozsławiła już Partia, Komety i Obibox (w którym udziela się frontman formacji). Jest coś w tych zespołach, co nieodparcie przywołuje mi widoki praskich bram, wolskich garaży i parków Żoliborza, ale ponieważ sam jestem z Warszawy, ciężko mi to zwięźle uchwycić. To lekki jak letnia sukienka rock and rollowy rytm, bez nadęcia i napuszenia. Swingująca gitarka gra riffy na takim luzie jak wytrząsa się drobne na oranżadę spod podszewki wiatrówki. Wszystko napędza wyrazisty tętent perkusji, bo to bardziej muzyka do poskakania w punkowej knajpie niż do schabowego w Mozaice czy barze Lotos. Do tego kilka wersów ulicznej poezji od prostych chłopaków z bloku obok, akurat żeby zanucić do piwka na murku i słonecznika z torebki. Aż wydaje się, że przenieśliśmy się gdzieś w czasie, tuż obok zadzwonił tramwaj, pora wstawać z ławki i lecieć na randkę pod kino Femina.

Z dużą przyjemnością odświeżam sobie takie powidoki. Niczym sienkiewiczowski latarnik przy Panu Tadeuszu, ja z lubością nurzam się w odmętach nostalgii z Sue Ryder. W tych szalonych czasach niekończących się wyścigów wspaniale jest czasem zwolnić i powspominać. Bo tak naprawdę, nic nie musisz. <

 

STAN.

https://sueryder.bandcamp.com/