BOOZE & GLORY – CHAPTER IV
Lou & Rocked Boys 2017

Droga którą przeszedł ten zespół robi wrażenie. Od subkulturowej ciekawostki założonej przez trzech emigrantów z Polski po jeden z najbardziej rozpoznawalnych i ciężko pracujących street punkowych zespołów na świecie z prawdziwie międzynarodowym składem. Najnowszy, czwarty, album „Chapter IV” wydaje się być przełomem w historii grupy, która zmieniła dotychczasową formę grania; z weekendowych koncertów z doskoku na „full time band” będący niemal ciągle w trasie, która obejmuje dziesiątki państw na kilku kontynentach. Zespół jest ewidentnie na fali wznoszącej i wydaje się podążać ścieżką, którą niegdyś wydeptali Rancid czy Dropkick Murphys. Czy im się uda? O tym przekonamy się za jakiś czas. Teraz skupmy się na najnowszym dziele kapeli.

„Chapter IV” przynosi trzynaście nowych kompozycji, które trwają razem ponad 50 minut, nie są zatem raczej przeznaczone dla fanów punkowej zwięzłości. Przyznam, że czas trwania trochę mnie na początku przeraził, lecz po odpaleniu płyty moje wątpliwości znikły. Płyta jest rozbudowana ale słuchając jej nie czuć tutaj znużenia ani zmęczenia materiałem.

Krążek z jednej strony kontynuuje poprzednie dokonania B&G wraz z ich charakterystycznymi elementami jak dziesiątki gitarowych melodyjek i solówek, chóralne i czasem powtarzane ultra-chwytliwe refreny, duża doza melodyjności ocierającej się czasami o  przaśność oraz wymieniające się wokale Marka i Liama. Z drugiej jednak strony, mimo iż Booze & Glory nigdy nie byli zespołem hołdującym muzycznej surowiźnie, odnoszę wrażenie że „Czwarty Rozdział” jest płytą mocno wygładzoną, czasami zahaczającą wręcz o pop punk. Słychać to szczególnie w kawałkach w których mikrofon przejmuje Liam, mający dużo bardziej melodyjny i delikatniejszy głos niż Marek. Czy to źle? Nie bardzo, mimo pojawiającej się popowości słucha się tych piosenek doskonale!

Wydaje mi się, że Booze & Glory na „Chapter IV” skłoniło się ku bardziej amerykańskim inspiracjom. Mimo iż styl zespołu nadal jest rozpoznawalny to jednak dużo bardziej słychać tu takie zespoły jak wspomniany wcześniej Dropkick Murphys, Street Dogs, The Briggs czy nawet Social Distortion (posłuchajcie tylko „Fool’s paradise” z elegancką solówką, której nie powstydził by się Mike Ness).
Ciężko mi na całym albumie znaleźć jakieś słabe punkty. Może granica przaśności została lekko przekroczona w kawałku „Back on track” oraz nie bardzo podchodzi mi dosyć sterylne brzmienie basu oraz garów, ale poza tym z każdym kolejnym przesłuchaniem płyta tylko zyskuje. I nie ważne czy jest to otwierający, mocno dropkickowy „Days, months, years”, rock’n’rollowy „For the better times” czy najbardziej agresywne „No rules” i „Life’s a gamble” – słychać, że mamy do czynienia z doskonałym, zawodowo zagranym punk rockiem. Świetne są również znane od dłuższego czasu singlowe szlagiery „Carry on” i „Blood from a stone”.

„Chapter IV” to cholernie udana płyta. Subkulturowi ortodoksi będą oczywiście narzekać, w końcu te trzynaście kawałków dosyć mocno odbija od kanonów brytyjskiego oi/punka w stronę brzmienia bardziej amerykańskiego (ciekawe czy okładkowy Cadillac to zamierzony zwiastun „amerykańskiego” kierunku!) i pop punkowego a i zespół dawno przekroczył już granice subkulturowego getta. Nie zmienia to jednak faktu, że chodzi to wszystko bardzo dobrze a piosenki za sprawą swojej przebojowości trafią zarówno do punków ,skinów jak i bardziej niedzielnych słuchaczy punk rocka. Jak najbardziej warto sprawdzić ten krążek, szczególnie, że Polska wersja przygotowana przez Lou & Rocked Boys nie dość, że kosztuje normalne pieniądze to jeszcze wygląda naprawdę kozacko!

Wiktor Rykaczewski