PRISONERS BY CHOICE – S/T
N.I.C./DIY Koło  2016

Końcówka tego roku obrodziła dobrymi premierami na naszym lokalnym kurwidołku.  Jedną z nich jest debiutancki LP lubelskich punx z Prisoners By Choice. Co uważniejsi czytelnicy Dead Pressu kojarzą zapewne wywiad z zespołem jaki zamieściliśmy kilka tygodni temu. Teraz zatem najwyższy czas by napisać kilka słów na temat ich krążka.

Na samym początku rzuca się w oczy to, że płyta jest krótka. Zawiera zaledwie 8 kompozycji. Nie mam osobiście nic przeciwko zwięzłym albumom. Powiedział bym nawet, że droga wytyczona niegdyś przez Circle Jerks jest mi nawet całkiem bliska, uważam jednak, że zespół poruszający się w takiej stylistyce jak PBC spokojnie na longplaya mógłby wpakować jeszcze ze 3-4 szlagiery. Przesytu by nie było.

Muzyka jaką zwiera ten album to melancholijny punk rock podszyty z jednej strony street punkową motoryką a z drugiej wyraźnie nadającą kształt i klimat całości nowofalową melancholią. Wyraźnie czuć tutaj wpływy Kopenhaskiego punka w stylu No Hope For The Kids czy współczesnego projektu tych gości – The War Goes On jak i francuskich zespołów w stylu Syndrome 81 i Litovsk. Kilku malkontentów będzie pewnie narzekać, że takie granie to teraz koniunkturalizm lecz ja skłaniam się ku twierdzeniu, że to  jednak osłuchanie i trzymanie ręki na pulsie. Czyli coś co w Lubelskiej załodze było obecne chyba od zawsze.
Bardzo mi się podobają te numery co sprawia, że przez ostatnie dni słucham tej płyty bardzo często i zazwyczaj po 2-3 razy z rzędu. Przede wszystkim poza toną smutku wypływającą z głośników są cholernie przebojowe. Duża w tym rola zajebistej pracy gitar, które właściwie cały czas grają jakieś melancholijne melodie elegancko się wzajemnie uzupełniając. Nie powiem, chwyta mnie to za serducho.
Numery są bardzo spójne stylistycznie i razem tworzą dobrze przemyślaną całość. Słychać, że chłopaki dobrze wiedzą jakie brzmienie chcą osiągnąć i co chcą grać nie szukając na siłę oryginalności. Dzięki temu też płyta jest bardzo równa choć gdybym miał wyróżnić jakieś numery to najbardziej hiciarskie dla mnie są „There’s a war”, „Messed up times” i „Burn”.

Podoba mi się też dosyć minimalistyczna, „więzienna” oprawa graficzna doskonale współgrająca z muzyką i jej klimatem. To jest naprawdę super sprawa gdy wszystko, od muzyki po grafikę jest przemyślane i trzyma się jednej konwencji. Doceniam takie podejście.

Cholernie udana jest ta płyta i mam nadzieję, że kapeli uda się wykorzystać swój potencjał i nie zniknie szybko ze sceny jak miało to miejsce z niektórymi projektami tych gości. Trzymam kciuki i czekam na więcej.

Wiktor Rykaczewski