CASTET – Twardsi niż najtwardsza garda
Pasażer 2016

Castet jaki jest każdy widzi. Jeśli po Fakirze i spółce spodziewaliście się nagłej wolty stylistycznej na przykład w stronę punky reggae to się zawiedziecie. Zresztą oznaczało by to, że coś z wami jest nie tak, gdyż kapela króla śląskich punków od samego początku bardzo ściśle trzyma się swojego hc/punkowego kanonu i swojej strefy komfortu nie opuszcza na krok. I dobrze!

Nowa, wyczekiwana od lat, płyta tego komanda strażników prawdziwego hc/punka przynosi aż siedemnaście kawałków w tym trzy covery (Klincz, Jezus Chytrus Oj, Moskwa – ten środkowy hit fekalnego punka moim zdaniem zbędny). Jeśli chodzi o muzykę jest klasycznie i tak jak było do tej pory czyli nadal jest to żwawy, old schoolowy, hardcore punk. Głównie szybki ale nie pozbawiony też obowiązkowych zwolnień. Całość podbijają bardzo licznie występujące załoganckie chóry.  Fajnie i z jajem jest to wszytko zagrane, ale to wiadomy fakt, że jak muzykanci Casteta są trzeźwi to potrafią. Nie odstaje to moim zdaniem zupełnie poziomem od takich Kill Your Idols czy innych Slumlords.

Kwintesencją Castetu są jednak teksty Króla. Proste rymowanki, mniej lub bardziej zabawne, w celny sposób opisujące różne okołscenowe tematy. Jeśli słyszeliście poprzednie materiały kapeli (jest ktoś kto nie słyszał?) to wiecie o co chodzi. Fakir ma na prawdę zajebisty dar do niezbyt poważnej ale uderzającej w punkt punk publicystyki. Tym razem moimi ulubionymi ofiarami fakirowego pióra są upierdliwi załoganci 40+ dla których cały punk skończył się akurat wtedy, kiedy oni stracili nim zainteresowanie („Spłonęło mi serce”), zabawne zespoły rock-punkowe marzące o karierze na miarę Limp Bizkit czy innego Farben Lehre („Hippie brigade”) czy moda na golibrodów pojawiających się ze swoimi usługami na niektórych gigach („Barber core”). Nie mogło zabraknąć numeru o winylach, tym razem jednak w formie ostrzeżenia przed zgubnym nałogiem jakim jest ich zbieranie („Polichloroholik winylu”) czy kolejnej odsłony najsłynniejszej produkt placementowej punk serii – „Kwadraciok pt.4″. Spoko jest też autobiograficzna etiuda pt. „Lej w ryj” tłumacząca występującą czasami słabszą formę koncertową zespołu. Generalnie jest dobrze i na poziomie.

Fakirowi na wokalu pomagają często różni goście pochodzący z zespołów reprezentujących najróżniejsze scenowe rejony co fajnie urozmaica materiał. Najciekawszy z nich to osobnik o nic mi nie mówiącej ksywie Sztigar Bonko. Chyba muszę sprawdzić jego twórczość.

Kilka słów należy się też stronie edytorskiej tej płyty. Czego tu kurwa nie ma!!! Elegancki gatefold, wytłaczane srebrne elementy, zadrukowana koperta na winyl (super pomysł z fotkami załogantów odzianych w merch Castetu), wkładka z tekstami, zdjęcie zespołu, naklejki, prasowanka (!), download code. Do tego mój egzemplarz to ten spóźniony limit wiec mam jeszcze dodatkową okładkę z zajebistym rip offem okładki Armii – Triodante (tutaj „Kwadradante”). Wypas i Bizancjum! Jedyny minus jest taki, że wciskanie tego wszystkiego w folię to istny koszmar. Oczami wyobraźni widzę Bezkoca blednącego na twarzy, próbującego kalkulować cenę tego wszystkiego gdy Fakir mówi mu o swoich pomysłach. Może na kolejnej płycie panowie nagrają jakiś duet (Fakir: Chcę winyla na wypasie, najlepszego mieć na scenie Bezkoc: Chopie, ile to kosztuje!, nie będę mieć na jedzenie!). Jak by co to był to mój pomysł!

Wiktor Rykaczewski