Koniec roku to idealny czas na podsumowanie tego co działo się na naszej scenie i w jej okolicach. Postanowiliśmy wyróżnić pięć polskich i pięć światowych wydawnictw. Poza naszą redakcją zadania wyłonienia najważniejszych płyt roku podjęło się kilku zaprzyjaźnionych scenersów co zaskutkowało stworzeniem dosyć potężnego i ciekawego artykułu w którym poznacie wiele punktów widzenia na to co działo się w około punkowym undergroundzie. Zapraszam!

WIKTOR (Dead Press, Lazy Class, Negative Vibes)

POLSKA

1. GOVERNMENT FLU – Vile life
Trzecia duża płyta okołowarszawskiej załogi to przykład doskonałego ogrania i mimo trzymania się dosyć wąskich ram gatunku, świeżości. Słucha się tego świetnie, nogi same rwą się do pogo a uniwersalna zawartość muzyczna sprawdzi się w każdym zakątku świata, od warszawskiego skłotu, przez kopenhaski diy festiwal po piwnicę amerykańskiego punk house’u.

2. PRISONERS BY CHOICE – s/t
Moim skromnym zdaniem debiut roku na Polskiej scenie. Super melodie, dużo melancholii i świetne gitary. Zespół z ogromnym potencjałem zawalczenia na równych szansach z europejską czołówką podobnego grania, niech ich ktoś tylko zaprosi na K-Town Festival!

3. GLORY DAYS – Chaos rise
Trzecie wydawnictwo warszawskich oi/punkowców udowadnia, że goście z hardcoreowych kapel jak biorą się za street punk to nie ma lipy. Mocne uderzenie, dobre melodie, wysoki poziom i świetne występy na żywo. Mam nadzieję, że 2017 przyniesie w końcu LP.

4. PAST – czarno/biała
Tej płyty co prawda fizycznie jeszcze nie ma ale cyfrowa premiera miała już miejsce, więc chyba w 2016 roku to nie obciach recenzować pliki, szczególnie, że odkąd całość pojawiła się na bandcampie zespołu katuję ten materiał właściwie cały czas. Kozacki post punk/nowa fala z polskimi tekstami i damskim wokalem  w pełni spełniający nadzieje po bardzo udanym demie.

5. SUICIDEBYCOP – s/t
Po niezłej demówce przyszedł czas na bardzo dobrą epkę. Prosty, mało odkrywczy ’80 hardcore okraszony młodzieńczą bezczelnością – czyli to co lubię. Wczesny Black Flag, Circle Jerks, deskorolka i środkowy palec wyciągnięty w stronę wszystkich chujów. Do tego jest to jedyny zespół w tym rankingu, którego członkowie mają mniej niż 30 lat.

Warte wspomnienia są również niezłe tegoroczne płyty zespołów Astrid Lindgren, Przeciw, Watching Me Fall, Schröttersburg, Ohyda, The Dog, Poison Heart,trój ka Castetu, kaseta TRÜD, epka Fight them all oraz hardcore’owe debiuty ostatnich tygodni – Radiance i Black Palate.
Z podwórka poza punkowego elegancko weszło mi Fertile Hump a ciekawym zjawiskiem było Lotto. Nigdy nie sądziłem, że tego typu dźwięki mogą mnie zainteresować. Alles ze swoim drugim, dużo poważniejszym i mniej tanecznym albumem również są warci sprawdzenia.
Rapu prawie nie słuchałem ale płyta PRO8L3M jest naprawdę dobra i zasługuje na cały ten hajp, choć przyznam, że „Art-Brut” ze względu na sample i tak wygrywa.
Zazdrosnym okiem łypię za to na metalowy underground w którym dzieje się naprawdę masa świetnych rzeczy i wydaje się być on niestety dużo bardziej żywotny niż coraz bardziej skapcaniała scena hc/punk. Płyty Mentora, Furii, Owls Woods Graves, Ragehammer czy epka In Twilight’s Embrace to naprawdę doskonałe produkcje, a jest to tylko ułamek tej sceny. Bardzo fajny jest też projekt Them Pulp Criminals poruszający się w stylistyce dark/alt country, myślę, że fani King Dude powinni być zadowoleni.
A, i płyta Organka mi się podoba. Czy jestem jeszcze punkiem?

ŚWIAT

1. CROWN COURT – Capital offence
Oi-owy kop z Martensa prosto w twarz. Zespół, który udowadnia, że skini w 2016 to nie tylko wymuskane lalusie w wyprasowanych koszulach i żółtych skarpetach. Ta subkultura wciąż ma pazur i potrafi przypierdolić. Inny album nie mógł być najlepszy.

2. NO TIME – You’ll get yours
Tu natomiast mamy udawanych skinów ale co z tego skoro muzyka i tak kopie zad. Jest tu potężna dawka energii, brudu i świetnego old schoolowego oi’a na hardcoreowych resorach po lini Blitz czy Antisocial. Do tego ten zespół to na żywo prawdziwa kosa!

3. LION’S LAW – From the storm
To z kolei było dla mnie niezłe zaskoczenie. Nie spodziewałem się, że Francuzi pozytywnie skonfrontują się ze swoim naprawdę bardzo dobrym debiutem. A tu masz, nagrali chyba najlepszą swoją płytę. Jest melodyjnie ale i agresywnie równocześnie a wszystko świetnie zgrane i zagrane. To jest chyba jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy modern oiowy zespół.

4. KOMINTERN SECT – D’Une Même Voix
Druga francuska płyta. Tym razem powrót legendy tamtejszej sceny, który okazał się niezwykle udany a to nie zdarza się zbyt często. Słuchając tego MLP czuję się jak bym słuchał ich starych nagrań, tylko zrealizowanych we współczesny sposób. Konkret.

5. BELGRADO – Obraz
Żeby nie było na pełnym skinie wrzucę coś z innej beczki. Świetny post punk z Hiszpanii z polską załogantką na wokalu. Zespół ze sporym dorobkiem, który cały czas rośnie i gra masę gigów właściwie na całym świecie – od Stanów, przez Japonię po Amerykę Południową. Ich trzeci  longplay to niby kontynuacja ale jest tu trochę zaskakujących elementów jak choćby pojawiający się czasami dub. Elegancko się tego słucha.

Cztery z pięciu uwzględnionych w moim podsumowaniu płyt to szeroko rozumiany oi/street punk ale oczywiście nie tylko takiej muzyki słuchałem w mijającym roku. Ale jak już jesteśmy przy tym gatunku to serce mocniej mi zabiło jeszcze przy ostatnich płytowych dokonaniach Rixe, Old Firm Casuals, epce Booze & Glory (ta ładna, wycięta 8 calówka), Grade 2, Hard Evidence, CRIM, The Brass, Discipline i Noi!se.
Nie śledzę za to specjalnie tej błyskawicznie rozwijającej się sceny post punk/new/cold wave. Z tej mańki to chyba poza wspomnianym Belgrado na dłużej do głośników przykuli mnie tylko francuzi z Litovsk.
Cały czas za to raduje mnie prawdziwy wysyp zespołów grających prymitywny, agresywny ’80 hardcore. W tej dziedzinie jak dla mnie zarządzili Blazing Eye, Pure Disgust, The Hammer i Warthog ale tych zespołów, często mocno enigmatycznych jest naprawdę zatrzęsienie.
Z rzeczy bardziej melodyjnych bezapelacyjnie warto sprawdzić The War Goes On i Accidente. Super płytę nagrali też weterani pop punka Descendents.
Nie słuchałem też specjalnie dużo nowości ze świata HC ale z tego co do mnie trafiło najlepiej mi weszły tegoroczne płyty Fury, Cornered i debiut szwedzkich crossoverowców z perkusistką Beyond Pink na wokalu – Lawgiver.

STAN (Dead Press, SercXhart)

O, roku ów… nie, tym razem nie 1812 jak pisał Adam M., a 2016. Smutnym, złym, drugim roku panowania „dobrej” zmiany, której prawicy żelazny uścisk dalej wyciska z kraju kwitnącej cebuli cierpki sok i łzy.

Ciężko pisać muzyczne podsumowania, bo wydaje mi się, że wciąż są ważniejsze sprawy niż noworoczne retrospekcje. W dodatku mijający tuzin miesięcy zabrał ze sobą wiele osobowości ze świata muzyki, co również nie nastraja pozytywnie. Przed momentem niespodziewanie odszedł współtwórca wielce punkowego hymnu „Last Christmas”, ale na liście nieobecnych widnieje też Prince i jeden z największych geniuszy popkultury: David Bowie. W grudniu zmarł również Greg Lake z grupy Emerson, Lake and Palmer, której – żywię szczerą nadzieję – nie słuchacie, he he he. Szkoda ronić łzy, zwłaszcza że nasi, punkowi celebryci w większości już od dawna nie żyją; żenione narkotyki i brak odpowiedniej opieki medycznej robią swoje.

Nie smućmy się przynajmniej w przeddzień sylwestrowego szaleństwa. Błądzę wzrokiem po płytach jakie przybyły mi w kolekcji z krajowego poletka sceny niezależnej i widzę kilka, które włączę nie tylko wtedy, gdy ich autorzy wpadną na kawę.

Zaczniemy od początku, czyli od tatuśka rock’n’rolla. U progu mijającego roku krążek wypuścił jeden z naszych produktów eksportowych – Poison Heart! Płyta dojrzalsza i zwyczajnie lepsza od debiutu znów ukazała się pod amerykańskim szyldem Zodiac Killer, a zespół nie robi sobie przerw w koncertowaniu. Ożywienie w punk’n’rollu udzieliło się The Cuffs którzy ukradli Poisonom gitarzystę i powrócili z mini albumem „Nutry”, dając nadzieję na regularny powrót. Czekamy! Tymczasem inny zespół Schizmaćka zaatakował naprawdę zajebistą płytą. Mowa o Old Fashioned i ich kompakcie (dzięki Spook!) „Hatecontrol” który kręci mi się w odtwarzaczu od sierpnia i nie zamierza wymiękać. Dbajmy o nich, bo to gatunek na wymarciu: jako jedni z ostatnich śpiewają po polsku i nie kaleczą uszu banałami. Podobnie zresztą hardcorowy Street Chaos, który: uwaga! Stał się naprawdę, wielce godną uwagi kapelą. Potwiedzam: zmiana składu wyszła im na dobre, nadając thrashowego smaczku muzyce. Ich drugi album „Nie pytaj dlaczego” ukazał się w maju.

W tym samym miesiącu drugą płytę – ” Crossroads” – wydali bielscy wymiatacze z Watching Me Fall i po raz kolejny nie zawiedli: ich nasączony emocjami hardcore lokuje ich w czołówce takiego grania w kraju. Warto sprawdzić też na żywo: miażdżą energią i pasją. Skręcając w stronę emocjonalnego hc nie mogę nie wspomnieć o Astrid Lindgren. Cholenie żałuję, że nie mam jeszcze ich najnowszej płyty, ale co się odwlecze to nie uciecze. Widziałem ich za to parę razy na żywca i zawsze wracałem napełniony bezcenną nadzieją; na ich występach bawią się nie tylko emeryci w wieku moim i moich kolegów.

W wieku przedśrednim szczęśliwie jest też Suicidebycop, który w tym roku widziałem wielokrotnie więcej niż Wiadomości. Nadwiślańscy Black Flag rozkręcili się aż miło, uwielbiam spalać kalorie na ich występach, ale miało być o płytach. Zadebiutowali genialną demówką, ale od wakacji można cieszyć się ich pierwszą siódemką – spieszcie się, bo już się kończy.

W lato odwiedziłem tylko dwa festiwale, z których jednego nie trzeba polecać, bo jest już klasą samą w sobie. Jeśli nie byliście jeszcze nigdy w Żelebsku na Ultra Chaosie pora ten błąd naprawić. W zamian otrzymacie solidną dawkę różnorodnej muzyki spod znaku DIY: nie tylko crusta i hc, ale i ska-, peace-, anarcho- i streetpunka. Drugi fest jaki zaliczyłem muszę koniecznie zareklamować, bo jest to impreza naprawdę warta uwagi, a jeszcze nie tak znana. Mówię o Punk Pikniku w Tyśmienicy opodal Lublina. To kontynuacja imprezy odbywającej się wcześniej w Bronowicach, gromadząca zespoły z tej mroczniejszej części sceny, nie bojące się zgrzytu metalu i chętnie zbierające crust na zimę. Objawieniem tej rewietki był dla mnie występ zespołu Sturmovik wykonujący muzykę klasyczną w stylu d-beat. Kapela prezentuje poziom światowy i dosłownie rozjeżdża perfekcją dobrze naoliwionej maszyny. Chłopaki mają na koncie płytę którą i tu polecę, mimo że wyszła w 2015.

Ten rok należał do jednej kapeli: Government Flu. „Vile Life” to jeśli dobrze liczę 4. ich album i jest to bezdyskusyjne arcymistrzostwo. Wszystko w tym zespole gra jak należy: piekielna sekcja rytmiczna, gitary, wokal w idealnych proporcjach. Jest bardzo szybko i bez litości, choć zdarzają się lekkie zmiany klimatu na bardziej transowy. To HC z lat 80. zagrany lepiej niż w latach osiemdziesiątych, a jak wiadomo w Polsce hardcorem była wtedy Iza Trojanowska. Lepiej nie idźcie na ich koncert, cyklon circle pita może was wciągnąć na zawsze (na Flufie ultrazabawa na GF zaczęła się jak się jeszcze stroili).  Przy okazji, jest to pierwszy zespół niezależny z Polski, który zagrał trasę na Zachodnim Wybrzeżu. Wątpię, by ambasador cebulandii nad Potomakiem w ogóle o tym wiedział, pewnie jest zajęty leczeniem rządowej grypy.

Twardy rdzeń krajowego łojenia w ostatnich latach mocno rozmiękł, ale nie zasypiamy! Akcja! Nadal jest czym się jarać. Na Śląsku nie zwalniają wymiatacze z Minority którzy luty przywitali nowym ekstra albumem. Nawet w zaspanej Warszawce coś się dzieje, z nowym mateksem wjechali Street Lights i no tak: polecam; wyszło to nawet na kompakcie, a nazywa się: „To exist, to disappear”.

W kategorii objawienie roku mam aż trzech kandydatów, mówię o Radiance, Black Palate i Snuff Out. Pierwsi wydali kasetę, drudzy CD, a trzeci marne 7 cali i od każdego z tych materiałów poważnie trudno się oderwać. Nie otwierajcie szampana bez sprawdzenia tych kapel. Na czwartym miejscu lokuję śląski Mentally Ill który objawił się na srebrnym krążku bardzo dobrym materiałem pt. „Get Wild”. Z debiutantów moją uwagę zwrócił też hc/punkowy krakowski Torpur, fajna kaseta, elegancko na żywo. Na taśmie wylądowały również nowe, świetne nagrania jednej z moich ulubionych załóg: Heatseekera. Dla amatorów szlachetniejszych nośników: już za tydzień wydanie siódemki. Wcześniej, bo 1.01 zaszczyci nas winylem jeden z ostatnich okazów straight edge hc między Bałtykiem a Tatrami – Vicious X Reality; ale to już przyszłość, choć numerów można już posłuchać na bandcampie i wiadomo: są kozackie.

Końcówka roku przyniosła też eleganckie wydanie kolejnej płyty prześmiewców z Castetu. Release party z tej okazji odbyło się w bistro hotelu Katowice, co samo w sobie było zdarzeniem epickim. Przy ciągłym akompaniamencie dziesiątek gardeł wyręczających wokalistę band udowodnił po raz kolejny, kto tu jest Królem Punka.

W zaszczanym zaułku street punka zanotuję debiut całkiem fajnych Prisoners By Choice i wydanie kompaktu the best of Lazy Class. Niestety w dziedzinie lżejszych brzmień naprawdę niewiele się dzieje, szczególnie rozczarowuje regres krajowego 77. Wszystkie siłujące się w tym stylu kapele albo się rozpadły, albo tkwią w wydawniczym letargu. Wyjątkiem pozostają aktywni koncertowo Bulbulators i Sexbomba, która tak często wydaje płyty, że przestałem za nimi nadążać. Pionierski gatunek punka ma w moim sercu miejsce szczególne i choć nie narzekam gdy trzeba wrócić do kanonicznych jedynek The Clash i Vibrators, chciałbym usłyszeć  wreszcie coś nowego, do diaska!

Zaczyna mi brakować miejsca na wymienianie kolejnych atrakcji, a ponieważ jestem trochę wariatem mam jeszcze w zanadrzu sporo nagrań tzw. wynalazków, czyli genialnych kapel, niezrozumiałych dla mas gotowych podniecić się splitem Farbeni-Analogs. Wszystkim innym, ciekawym nowych, interesujących dźwięków chętnie polecę takie składy jak Siła, Foma, Maszyny i Motyle, Skalpy z Drzew, Żmijowe Bębny, Merkabah, Feral Trees, Fertile Hump, Santa Irena i Klipsy Panda, a także najlepsze w moim mniemaniu ska w Polsce: The Bartenders z nowej płyty „Poles are movin'”.

Rok 2016 przyniósł też długo oczekiwany album genialnych, zimnofalowych PAST i nową płytę szczecińskiego ODC która zadowoli fanów melodyjnego punka z kalifornijskim sznytem. W podobną stronę zmierza rzeszowska banda The Sabała Bacała, której płyty nie zdążyłem jeszcze otrzymać: wyszła chyba w samą wigilię. Ale wiem, że istnieje, bo gościnnie zaśpiewałem w kawałku otwierającym album.

Przepraszam, na pewno kogoś pominąłem. Jest was tyle i prawie wszyscy gracie zajebiste, wyjątkowe dźwięki dla których warto wyjść z domu i wrócić z płytą.

Widzimy się w 2017.

Słuchajcie głośno, nie dajcie umrzeć muzyce.

(STAN)

RADEK (The Stubs, Limp Blitzkrieg, Drip of Lies, Pogłos)

PL

 1. PRO8L3M – Pro8l3m
Pierwsza moja rap płyta na półce, to chyba o czymś świadczy. Kolejny zajebisty strzał od tej grupy po mixtape’ie ART BRUT, który też chciałem zdobyć, ale się wyprzedał w 40 minut. To, z jakim pomysłem i rozmachem działa ten zespół (duet?) robi na mnie ogromne wrażenie. Począwszy od produkcji na iście hollywoodzkim poziomie, po każdy szczegół okładki. Nie będę się rozpływał nad technicznymi niuansami dotyczącymi bitów, podkładów czy sampli, bo się na tym zupełnie nie znam. Jedno czego jestem pewien to słucha się tego zwyczajnie bardzo dobrze i za każdym razem kiedy kończy się strona z wielką ochotą podnoszę dupę z kanapy bym przerzucić na kolejną. Sukces tego zespołu tkwi również w dobrych tekstach, które są pozbawione mentorskiego, moralizatorskiego tonu, którego w polskim rapie są całe tony.

2. FERTILE HUMP – Dead Heart
Dziwnie jest pisać o projekcie, którego jest się tak blisko. No to może, po kolei – debiutancka 7mka FH sprzed roku była po prostu zbiorem czterech hitów z szuflady, która teoretycznie nie powinna mnie w ogóle zainteresować. Nie słucham i nigdy nie słuchałem typowego bluesa a w tym przypadku wracałem do tego materiału wielokrotnie z dużą przyjemnością zwłaszcza, że miałem możliwość podsłuchiwać go w różnych stadiach powstawania. Na długograju Tomek z Magda nie zarzynają złotej kury i raczej trzymają się obranego kursu. Więc akompaniujący im na skromnym zestawie Maciek niespecjalnie z czego ma gotować rosół. Brakuje mi jakiegoś przełamania w konwencji, które pozwoliłoby wracać do materiału tak często jak do debiutu. Być może problem, leży jednak gdzie indziej i po prostu słyszałem ten matex na zywo już taką ilość razy zanim się ukazał, że po prostu nie miał mnie czym zaskoczyć.

3.THE DOG – The Devil Comes At Night
Tutaj mój odbiór jest wprost proporcjonalnie odwrotny do przypadku opisanego wyżej. Pierwsze dwa materiały THE DOG nie przekonywały mnie do końca i wolałem ten zespół na koncertach. Na pełnym albumie wszystko jest jak trzeba. Zapierdala to wszystko po prostu jak trzeba. Jest tez dłuższy i wolniejszy kawałek a „pies” przyzwyczaił nas przecież na pierwszych dwóch EP do kilkudziesięcio sekundowych strzałów. Jest to zresztą jeden z mocniejszych punktów na płycie, a nie zabieg mający urozmaicać album dla zasady. Moc na peletonie PLHC tuż za żółtą koszulką lidera.

4. PRISONERS BY CHOICE – P.B.C.
Sztampa, odtwórczość, riffy brzmiace jak pożyczone z kilku innych kapel, monotonny wokal. I co z tego? Osiem smutnych punkrockowych hitów z lubelskiej ziemi o której zwykło się mawiać, że jest „polskim portland”. Tymczasem chłopaki wysmarowali płytę, która brzmi jak nienagrane drugie LP kopenhaskiego No Hope For The Kids z gościnnym udziałem gitarzysty Syndrome 81. I za to właśnie lubię tę placek!

5. GOVERNMENT FLU – Vile Life
Klasa sama w sobie, światowy poziom. Zespół, który, mimo że porusza się w bardzo wąskiej nawet jak na hardcore stylistyce rozpoznawalny do pierwszego taktu. Nie sposób pomylić ich z kimś innym. Nie tylko ze względu na charakterystyczny wokal Rafała. W GF każdy trybik maszyny do siebie pasuje. Szalona sekcja z najlepszym hardcore’owym perkusistą w europie. Perkusja i bas dopalane są gitarą, która szyje riffy, w których nie ma niczego niezwykłego, ale połączenie tych wszystkich elementów to skondensowana energia. Taka fiolka ze 100% hardcore, która wlewa się do czaszki za każdym razem, kiedy wciskam PLAY.

ŚWIAT

1. HURULA – Vapen till dom hopplösa
Był kiedyś taki zespół jak THE VICIOUS i był zespół MASHYSTERII. No i to jest to co z nich zostało. No dobra, trochę przesadzam, ale w HURULA pobrzmiewają echa zwłaszcza tego drugiego. I to nie tylko dlatego, że jest tam ten sam wokalista. Jest tam podobny ładunek emocjonalny. Teksty są po szwedzku, tak, wiem. Można się przyczepić, że ich nie rozumiem, ale chodzi mi o ten jedyny w swoim patent na melancholię jaki ma tylko muzyka ze skandynawii. To jest coś niepodrabialnego i jedynego w swoim rodzaju. Spędziłem z tą płytą wiele godzin na słuchawkach, bo jest świetnym towarzyszem podróży.

2. THE DAHMERS – Blood On My Hands
Znowu Szwecja, ale tym razem zespół brzmi jakby powstał w Memphis i miał na gitarze i wokalu samego Jay’a Reatarda. Tylko 3 numery, które są przedsmakiem drugiego LP mającego ukazać się w przyszłym roku. Garaż, punk rock, brud, syf, wąsy i tłuste włosy. Zajebiste!

3. NO TIME – You’ll Get Yours
Adam, który jest tutaj wokalistą swego czasu objeżdżał regularnie na zmianę: Stany i Europę z MASAKARI i HEARTLESS, w których był basistą. Zespoły zupełnie inne niż NO TIME, bo były to crustowo / metalowo / powerviolence’owe wyziewy, które porażały energią. No i wspominam o nich, bo ta energia udziela się na streetpunkowej płycie NT. Złośliwi powiedzą, że to kolejny „udawany oi” z brodatych skrzatem na wokalu i kudłatym hippisem na gitarze. Ale kogo obchodzi zdanie złośliwych? Pokażcie mi, w którym ze współcześnie grających zespołów z dojebaną stylówką jest gitarzysta, który napierdala tak zgrabne riffy. Jedenaście hymnów z turbodoładowaniem, które na żywo nie pozwalają ustać w miejscu. Koncert w Chmurach, z czerwca tego roku uznaję za najfajniejszy, jaki widziałem i słyszałem w tym sezonie! Grali może 25 minut i po prostu „zgasili światło”. Dziękuję, dobranoc.

4. AGAINST ME! – Shape Shift with Me
Kolejny bardzo dobry album AM. Rewolucji w brzmieniu czy kompozycjach brak. Nikt tego nie potrzebuje. Chyba niczego więcej nie mogę dodać. Jestem fanem i poza klocem (3 albumy wstecz) pt. White Crosses nie mam do tego zespołu żadnych zastrzeżeń. Są dla mnie jednym z najlepszych obecnie grających punkrockowych kapel.

5. THE WAR GOES ON – S/T
Wobec tej płyty miałem bardzo dużo oczekiwania, bo jeste wielkim fanem NO HOPE FOR THE KIDS, którego ten zespół po trosze jest kontynuacją a pierwsza 7′ wzmożyła tylko mój apetyt na ten album. Strasznie długo trzeba było na nią czekać no ale jak już się pojawiła to ją zdarłem maksymalnie. Jedyny mankament to fakt, że powtarzają się na niej dwa numery ze wspomnianej 7′. No ale jakoś się nie potrafię się na nich za to złościć. Szkoda, że tak rzadko grają koncerty i będę musiał wydać miliony monet, żeby zobaczyć ich na żywo najpewniej w K-town.

MIKE CHAMPAGNE (Prisoners By Choice, Knife In The Leg, Blind Eye, Ohyda)

Uważam, że to był świetny rok pod kątem wydawnictw muzycznych. Nie udało mi się kupić wszystkich płyt jakie chciałem, więc ze szczerości wymienię w TOPie tylko te, które udało mi się zdobyć.

Nie jest tajemnicą, że skupiam się na słuchaniu zagranicznych kapel, więc żeby było inaczej zacznę od rodzimych. GOVERNMENT FLU vile life 12” + 7” z coverami – po nich już chyba każdy wie, czego się spodziewać – solidny, hardcore’owy wpierdol. Na EPce z coverami wyróżnia się „Wielki las” Post Regiment – takiego doboru kawałka po GF się nie spodziewałem.
Drugim wydawnictwem na jakie zwróciłem uwagę jest demo krakowskich goblinów z TORPUR pt. dungeon rock. Dawno nie słyszałem czegoś tak popierdolonego na polskim gruncie. Coś jakby do jednej betoniarki wrzucić raw punk, black metal i emo violence. Trzymam kciuki za ten band.

Pora rzucić się na wydawnictwa zagraniczne. Moim faworytem jest BAD BREEDING s/t 12”. Wyobraźcie sobie Icons Of Filth dyskutujące o apokalipsie z Pissed Jeans.

Kontynuując „dziwne” płyty przejdźmy do MIRROR universal dismay 7” – wyobraźcie sobie Disorder wąchający klej z fińskimi kapelami hardcore ’83.

IMPALERS wydał promo tape nadchodzącej 12” pt. cellar dweller. Zabójcza mieszanka d-beat, „modnego” ostatnio „umpa umpa” i opętańczych wokali sprawia, że Teksańczycy są jednymi z moich współczesnych faworytów.
<
Jak te 3 pozycje wpadły wam w uszy, to polecam sprawdzić również: SPLIT VEINS s/t 12”, BLAZING EYE lonely corpse 7”, LIFE FUCKER s/t 7”, czy zwariowane BARCELONA pueden ser ellos 7″.
<


Jak psychodelia pogłosu na wokalu to dla was za dużo, to warto odpocząć i sięgnąć po to, co dobre ostatnio w bostońskim czy nowojorskim hardcore, który ostatnio całymi garściami czerpie ze szwedzkiego hardcore: GREEN BERET standing at the mouth of hell 12″, SUNSHINE WARD order 12″ oraz WARTHOG s/t 7”.



Kontynuując d-beat’owy (tym razem w wersji purystycznej) warto nadmienić VAASKA futuro primitivo 7″ czy dużo bardziej agresywne FRAMTID the horrific visions 7″.

Jeśli d-beat to nie Twoja bajka, a bliżej ci do szelek i martensów niż wyćwiekowanej papy – musisz zapoznać się z RIXE les nerfs a vif 7″.

Jeśli życie Ci niemiłe i lubisz samotnie zapijać swoje smutki koniecznie sięgnij po THE WAR GOES ON s/t 12″. Jeśli melancholii Ci wciąż za mało, a lubisz potańczyć (i nie mam na myśli pogo) posłuchaj jednej z ciekawszych post punkowych płyt tego roku, czyli BELGRADO obraz 12″.

MROKU (Pleasure Trap, Radiokomitet)

Polskich płyt słuchałem w tym roku bardzo mało więc wspomnę tylko, że bardzo mi się podoba Fertile Hump, Łona, Castet.

Jeśli chodzi o płyty zagraniczne, to nie ma co ściemniać, że miałem i czas i ochotę wysłuchać wszystkich nowości, więc wymieniam opierając się wyłącznie na częstotliwości odsłuchu poszczególnych albumów:

1. The Interrupters – „Say it out loud”

2. Useless ID – „State is burning”

3. NOFX – „First ditch effort”

4. Noi!SE – „The Real Enemy”

5. The Falcon – „Gather up the chaps”

Uwielbiam The Interrupters, ich poprzednia płyta również była kopalnią hitów („A friend like me”, czy nawet bardziej „Haven’t seen the last of me”), ale na tej osiągnęli jeszcze lepszy poziom kompozytorski, a dodatkowo płyta jest spójna, mimo że więcej na niej punk rocka niż na debiucie. Ale wciąż dominuje szybkie punkowe ska, czasem bliżej 2Tone, czasem amerykańskiego grania z lat 90. Tak, czy siak, bardzo moje klimaty, po latach posuchy w końcu dobrze zagrane, z dobrze napisanymi tekstami („She got arrested”), i co najważniejsze dobrze, melodyjnie zaśpiewane. Aimee TO ma, zresztą jej udział na nowej płycie NoiSE jest najmocniejszym fragmentem tego i tak dobrego albumu. Znam nowe Interrupters na pamięć, a jak akurat wskoczy na playlistę to nigdy nie wyłączam w trakcie, ani nie przeskakuję na wybrane numery. Jest w tym emocja, jest profeska, jest mądre spojrzenie na wiele spraw.

Useless ID do pory tej płyty kojarzyłem głównie jako ciekawostkę z Izraela. No i błąd, bo gdyby nie kilku moich facebookowych kolegów bardziej osłuchanych z nowościami, przegapiłbym świetny album. Bardzo szybki, energetyczny, melodyjny, w moim ulubionym bilansie pomiędzy agresją, a sentymentem. Słuchając Useless czułem się podobnie, jak, szczylem będąc, po raz pierwszy włączyłem Underground Network zespołu Anti-Flag. Radykalnie polityczna, ale w gruncie rzeczy jeśli chodzi o tzw. przekaz, bardzo zdroworozsądkowa. Precyzyjnie, zagrana, zaaranżowana i wymyślona muzyka i linie wokali. Ale z drugiej strony nie jest to zbuntowany produkcyjniak, tylko inteligentny hardcore/punk (chociaż mnie najbardziej podobają się fragmenty melancholijne, jak w„Creation”, czy „Closer to the edge”).

Płyta NOFX jest raczej krytykowana, niż chwalona. Głównie za szczerość, mocno abstynencki i antyfarmaceutyczny przekaz, dużo wątków z okolic śmierci, raka i relacji z córką. No, nie z tym kojarzy się raczej świadomy kretyn za jakiego bardzo chciał być uważany Fat Mike. Tekstowo momentami są bliskie dadaizmu fidrygały jak w „Oxy-moronic”, momentami ciężka, osobista spowiedż, czasem z takim szczeniackim zadziorem, jak w „Six years on dope”. A zamykający album, „Generation Z”, przedstawiający nienawiść kolejnych pokoleń do naszego za to, że pozwoliliśmy tak zniszczyć tę planetę jest, mimo swojego patosu, poruszający.

Noi!SE wyeliminował wszystkie irytujące elementy, m.in. fatalne brzmienie basu, czy momentami chaotyczne wokale. Ta płyta jest świetna! Cała złość, szczerość, żal poprzednich albumów zostały tu utrzymane, ale dodano więcej ogłady w kompozycjach. O „War Inside” z udziałem wokalistki Interrupters pisałem powyżej. Bardzo dobrze brzmią gitary, bardzo surowa, (ale w końcu nie taka kartonowa) sekcja.

Podobny klimat surowości przynosi The Falcon, czyli (w warunkach amerykańskiego niezalu) supergrupa składająca się m.in. z członków The Lawrence Arms czy Alkaline Trio. Trochę polityczna, trochę nastrojowa, trochę ska płyta panów z doświadczeniami. I życiowymi i muzycznymi.

Poza wymienionymi polecam płyty: Get Dead („Honesty lives elsewhere”), Arms Aloft („What a time to be barely alive”), trochę mniej Lion’s Law (coś tam ze Storm) i niestety solową Fallona, bo nie dorównuje ani Gaslightom ani Horrible Crowes.

WOLF (Scream records, DIY FEST)

Na obu listach kolejność poniżej dwóch pierwszych miejsc jest bardzo umowna, by nie rzec: przypadkowa.

ŚWIAT:

1.THE WAR GOES ON – s/t LP
Gdy na początku roku zespół wrzucił ten materiał na bandcampa, wraz z preorderem wersji fizycznej, nie mogłem się od tego oderwać. Właściwie już wtedy wiedziałem, że nic lepszego w tym roku już się nie ukaże i te 9 czy 10 miesięcy później, mogę to z czystym sumieniem potwierdzić. Melancholia, pesymizm, melodie przebojowe i mroczne zarazem, punk rock, hardcore… Wszystko jest tu w proporcjach wprost idealnych. Goście znani m.in. z No Hope For The Kids i Hjertestop przebili wszystkie swe dotychczasowe dokonania. Myślę, że przesłuchałem tę płytę w tym roku spokojnie kilkaset razy.

2. RIPCORD – 1988 in 2016 7″
W czasie zbierania materiałów na kompilację swoich demosów itp. członkowie Ripcorda znaleźli starą taśmę z próby, na której nagrane były trzy ostatnie napisane przez nich kawałki, których nigdy nie zarejestrowano w studio i które na dobrą sprawę nawet przez samych autorów zostały kompletnie zapomniane… Tymczasem, na początku roku 2016, pojawił się pomysł, by z okazji mających nastąpić jesienią 50. urodzin Baza, reaktywować zespół na jeden koncert (ostatecznie zrobiły się z tego dwa). By dodatkowo uczcić to wydarzenie, a zarazem uwiecznić te trzy zapomniane kawałki, 17 sierpnia w ciągu sześciogodzinnej sesji w przenośnym studio „Made of Ale” Baz, John, Steve i Jim zarejestrowali te utwory. No i co tu dużo gadać – ten jednostronny singiel potwierdza, że Ripcord to najlepszy zespół w historii UKHC. Z mojej strony miłość dozgonna, zwielokrotniona tym bardziej, że udało mi się zobaczyć oba reaktywacyjne koncerty.

3. INSTINCT OF SURVIVAL / LIFE – Life Survival 7″
Jeśli IOS wydaje nową płytę, to że trafi ona do mego topu jest w zasadzie pewnikiem. Jedna z dwóch ulubionych kapel w Europie (druga to Swordwielder) jeszcze nigdy (tzn. odkąd odeszła od grania grindcore’a, kierując się ku klasycznemu, „brytyjskiemu” stenchcore’owi) nie zawiodła. I tak jest też na tym, wydanym z okazji niedawno odbytej japońskiej trasy, singlu. Pierwszy kawałek Niemców to właśnie ten typowy, zmetalizowany stench, do którego przyzwyczaili nas bardziej na singlach i pierwszej płycie, a od którego jakby nieco odeszli na drugiej. Średnie tempo, mocarny riff, całość ocieka smołą. Drugi utwór niby podobny, ale jakiś taki bardziej „punkowy”, zwłaszcza jeśli idzie o wokal. W każdym razie równie dobry, ten zespół chyba już nigdy mnie nie zawiedzie. Druga strona, to z kolei muzycznie odrobinę inna bajka (przynajmniej zazwyczaj), ale wspólna trasa to więcej niż wystarczający pretekst do dzielenia płyty. Jak to ujął recenzent w MRR – japoński Life wypracował sobie własny styl, który jest wypadkową szwedzkiego mangela, brytyjskiego crusta i japońskiego chaosu ;) Na trzy kawałki, dwa z nich wpisują się w ten opis, bazując raczej na totalnym czadzie, który wywala słuchacza z butów. Z kolei song środkowy („Limited Space”) można uznać bardziej za ukłon w stronę partnerów z drugiej strony singla – podobnie jak u Niemców, dominuje tu średnie tempo i bardziej crustowe riffy, z akcentem na ciężar, nie galopadę. Fizycznie mam ten singiel dopiero od niespełna tygodnia, więc katuję go praktycznie codziennie.

4. LITOVSK -s/t LP
Post-punk niejedno ma imię, a ja najbardziej lubię ten, w którym wyraźne są punkowe korzenie. I tak właśnie jest w tym wypadku, smutki nie przesłaniają tu punkowej energii, a w kapeli grają zwykłe anarcho-punki (i nawet jeden skin), a nie studenciaki w czarnych koszulach. Płyta zajebista, a ich występ na DIY Feście też był elegancki.

5. BELGRADO – Obraz LP
To właściwie zaprzeczenie tego, co napisałem parę wersów wyżej. W post-punku Belgrado ten punk został odsunięty na znacznie dalszy plan w porównaniu z poprzednimi płytami zespołu. Do tego nieczęsto się zdarza, że zespół o ugruntowanej pozycji dość diametralnie zmienia swe stylistyczne oblicze, a zarazem jego nowe wcielenie nie jest ani odrobinę gorsze od poprzedniego. Tej płycie i tej kapeli się to udało, a efekt finalny jest chyba najlepszą pozycją w dyskografii zespołu. A tak na marginesie, to jedyna (poza japońskim Life, których nie było w tym roku w Europie, ale widziałem ich pod koniec 2015) kapela z tego zestawu, której nie udało mi się w tym roku zobaczyć na żywo :(

Honorowe wyróżnienia:

NO TIME – You’ll Get Yours LP (to mały edit, bo gdyby mi się nie ubzdurało, że ten krążek wyszedł w 2015, to bez wątpienia zastąpiłby którąś z dwóch pozycji wymienionych powyżej)

SUNSHINE WARD – Order 12″

RIXE – Les Nerfs A Vif 7″

G.L.O.S.S. – Trans Day Of Revenge 7″

NEW MODEL ARMY – Winter 2LP

GREEN BERET – Standing At The Mouth Of Hell LP

BAD BREEDING – s/t LP

GLORIOUS? – Who are they to impose restrictions? 12″

KRIEGSHOG – General 7″

POLSKA:

1. FURIA – Księżyc Milczy Luty LP
Jakbym nie chciał temu przeczyć, prawda jest taka, że nic w krajowym punk rocku A.D. 2016 nie zrobiło mi tak dobrze jak metalowa Furia. Piąty album tych Hanysów bez cienia krępacji wykracza poza ramy black metalu, tudzież metalu w ogóle, a jednocześnie jako całość, paradoksalnie, wciąż jak najbardziej tym czarnym (niczym wyngiel, hue hue) metalem pozostając. I chyba dzięki tej ostatniej cesze materiał ten tak bardzo mi się podoba, choć teoretycznie gatunki, z których Furia czerpie na tej płycie, same w sobie nieszczególnie mnie kręcą. Żaden ze mnie fan post-rocka, bluesa czy jakichś muzycznych progresji. A jednak tu wszystkie te elementy łykam, być może dlatego, że cały czas są podszyste metalową agresją, a do tego teksty Nihila, jak i jego głos sam w sobie, nawet najbardziej nastrojowym momentom tej płyty dodają ładunek emocjonalny, by nie rzec wręcz pierdolnięcie, których próżno szukać we wspomnianych wyżej stylistycznych inspiracjach. Ponadto, oczywiście, zupełnie inaczej wypadają post rockowe smęty rozbudowywane przez kilkadziesiąt minut jakiegoś tam albumu, a inaczej jako element płyty, która prędzej czy później wybuchnie jednak w surowej, dewastującej lucie. Gwoli prawdy, póki co (nie wykluczam, że może się to zmienić w miarę dalszego obcowania z „Księżyc…”) wolę „Nocel”, ale najnowsza Furia także zdecydowanie rządzi.

2. GOVERNMENT FLU – Vile Life LP + covers 7″
Że GF to najlepszy hardcore w Polsce, pisałem już jak wydali demo. Jednakże progres jakiego doświadczył ten zespół po dojściu Wolfiego na perkę, jest ogromny i od tamtej pory, to już nie tylko najlepszy HC w kraju, ale po prostu współczesna czołówka tegoż gatunku. Najnowsza płyta nie przynosi tu zmian w stosunku do poprzedniej. 10 autorskich petard plus cover Tragiedii (to akurat trochę pechowo, że mniej więcej w tym samym czasie dwie kapele z niniejszej listy wybrały akurat ten sam cover, no ale bywa… ważne, że utwór bardzo dobry). Jeśli miałbym wskazywać ulubione kawałki, to byłyby to chyba Guilt Trip i Sold Cheap, oba z wolniejszymi, rytmicznymi patentami w zakończeniu (Guilt Trip) czy refrenie (Sold Cheap). Bardzo git jest kończący też własny repertuar GF Power, czyli wolniejszy walec, jako jedyny kawałek przewyższający półtorej minuty (i to aż o kolejną minutę). Tu też pojawia się jedyny minus koncepcyjny tej płyty – osobiście wolałbym żeby wspomniany wcześniej cover znalazł się wcześniej, tak by Power był zakończeniem całej płyty, a nie tylko autorskiego materiału zespołu. Niemniej, wspominam o tym mimochodem, bo ogólnie to faktycznego układu płyty przywykłem i już mnie on nie razi ;) Natomiast jako, że udało mi się dostać preorderową wersję tej płyty, z bonusowym singlem, to dla mnie album ten na „Szczurach” się nie kończy i dzięki owemu singlowi mam okazję posłuchać jeszcze czterech polskich klasyków w wykonaniu GF – Burdel, Fala, Nigdy i Wielki Las to kawałki znane każdemu, kto choćby trochę interesuje się polskim hardcore punkiem. Wersje GF raczej nie zaskakują, ale słucha się ich dobrze i jest to na pewno bardzo fajny dodatek do właściwego albumu.

3. OHYDA – s/t 12″
Z różnych, głównie personalnych względów, Ohyda jest postrzegana jako kontynuacja Alert! Alert! Wszelako, mimo że i muzycznie pewne podobieństwa występują (pogłos na wokalu, dość surowe brzmienie), tym razem mamy jednak do czynienia z muzą inną, znacznie dojrzalszą. Inspiracje takimi polskimi klasykami jak Tragiedia (której „Szczury” znajdują się wśród siedmiu kawałków zamieszczonych na tej płycie), Siekiera czy młodszy PESD, łączą się z wpływami post punkowymi, czy – co sugeruje sam wydawca – wydawanymi w tej samej wytwórni kapelami z Barcelony, jak choćby Destino Final. Właśnie, sam fakt, że płyta ukazała się nakładem La Vida Es Un Mus, dobitnie świadczy o jej poziomie, bo ta wytwórnia słabych rzeczy chyba nie wydaje. Mi to połączenie surowej agresji i nerwowości z mrokiem i post punkowymi wręcz melodiami wybitnie pasuje. Choć chyba najbardziej chciałbym by zespół poszedł w kierunku wytyczonym przez ostatni kawałek, „Złowieszcze sygnały”, który jest rytmicznym, ciężkim walcem, złowieszczym. jako tytuł sugeruje, a momentami wręcz chorym. Jest to naprawdę idealne zakończenie tej płyty.

4. PAST – Czarno / Biała LP
Umieszczenie tej płyty w niniejszym zestawieniu to lekkie przekłamanie, bo format fizyczny chyba się jeszcze nie ukazał, no ale materiał hula w całości od jakiegoś czasu na bandcampie, więc myślę, że jest to do wybaczenia ;) Tu znowu mamy do czynienia z post punkiem, w którym muzycznie tego punka za wiele nie słychać, nie brakuje raczej odniesień do szeroko pojętej muzyki alternatywnej, a jednak tym dwunastu smutnym piosenkom (z których cztery w innych wersjach znamy już z debiutanckiego demo/7″) z pewnością nie sposób zarzucić braku energii. Sporo tu chłodu, tak w dźwiękach, jak i w warstwie tekstowej, ale całość jest bezpretensjonalna i słucha się jej raczej lekko, a niektóre melodie (jak choćby tę z kawałka „Koniec”) śmiało można nucić przy goleniu ;) Spoko akcentem jest też odświeżenie „Ucieczki” Ewy Braun, bardzo udana wersja, moim zdaniem.

5. PRISONERS BY CHOICE – s/t LP
Kolejna kapela znanych twarzy z Lublina zadebiutowała od razu pełną płytą i moim zdaniem bardzo dobrze, bo taka muzyka rozmieniona na single czy 10-minutowe dema nie daje słuchaczowi szansy dobrze się wsłuchać. Zresztą ta pełna płyta też długa nie jest, bo trwa raptem ok. 20 minut. W każdym razie jest to osiem kawałków, które najłatwiej porównać z melancholijnym punk rockiem z Kopenhagi rodem – echa twórczości No Hope For The Kids i The War Goes On są tu wyraźne, a po pierwszej pozycji w moim zestawieniu zagranicznym wyraźnie widać, że to nie może przejść u mnie bez echa. Pobrzmiewa tu też trochę street punka, ale też takiego raczej podlanego wspomnianą już wyżej melancholią, a nie tego od chóralnych hymnów o piwie ;) Słucha się w każdym razie tego wyśmienicie, bo melodie wpadają w ucho i sprawiają, że znowu zmieniamy stronę. Tym chętniej, że w sumie najlepsze dla mnie kawałki znajdują się na końcu – chodzi tu o kończący się wokalizą niczym z Iron Maiden „Burn” i zajebisty, nawet jeśli cokolwiek patetyczny, „The End”.

Blisko, ale pod kreską:

CASTET – Twardsi Niż Najtwardsza Garda LP

SNUFF OUT – Let It Go 7″

SCHROTTERSBURG – Ciało

SUICIDEBYCOP – s/t 7″

I pewnie z tonę rzeczy, o których akurat zapomniałem, że wyszły w 2016.

KONCERTY:
RIPCORD / VIOLENT ARREST – Bristol – jeden z gigów życia!!!
RIPCORD / INFEST / WAR ALL THE TIME etc. – Leeds
DEATH SIDE / ARMS RACE / KRIMINAL / SEX DWARF / DISGUISE – Londyn
DEATH SIDE / BAD BREEDING – Londyn
INFEST / DOOM / VOORHEES / ThE FLEX / THE AFTERNOON GENTLEMEN – Leeds
SWORDWIELDER – Drezno
EXTINCTION OF MANKIND / FEAR OF EXTINCTION – Praga
SCAB EATER – Nowy Targ
LION’S LAW / LAZY CLASS – Łódź

FESTY:
K-Town (THE WAR GOES ON, STRESS SS, DOOM, NO TIME, SYNDROME 81, RIXE, DS 13, TORSO, EXTINCT//EXIST, RED DEATH, RATS BLOOD, KOHTI TUHOA, HALSHUG, GORILLA ANGREB etc.)
South London Scum Benefit fest (THE MOB, BEHIND ENEMY LINES, CRESS, DOOM, EXTINCTION OF MANKIND, HORROR VACUI, APALLACHIAN TERROR UNIT, SPLIT VEINS, ICONS OF FILTH, ANTHRAX, LIBERTY etc.)
Enemy of the Sun (GUIDED CRADLE, CRUDE SS, THE RESTARTS, WOLFHOUR, LAUTSTURMER, etc.)
Ultra Chaos Picnic (NO TIME, 1981, VASTUSTA, THE OPPRESSED, MORUS, SIKSA, THE LOWEST, SCHROTTERSBURG etc.)
DIY Hardcore Punk Fest (DOOM, MISANTROPIC, LITOVSK, TORSO, VOIDFILLER, VICTIMS, HANDE, PRO PUBLICO BONO etc.)
Outside fest <3 Tyśmienica <3

PATRYK (Piranha Tourbooking)

KRAJ:

1. Poison Heart – „Strong Ties” Muzyka w naszym kraju niestety raczej mało popularna, ale reprezentację mamy mocną z Poison Heart na czele. Hit za hitem z genialnym coverem Turbonegro. Album w przeciwieństwie do debiutu o wiele dojrzalszy i ciekawszy, no i jeden z moich uluboinych głosów na polskiej scenie punkowej.

2. Hańba – „Hańba” Folk punk ma niestety taki minus, że większość kapel lepiej lub gorzej kopiuje swoich „starszych kolegów”. Mało jest zespołów oryginalnych w tym temacie, ale Hańba wyłamuje się z tego schematu. W końcu powiew świeżości i oryginalności na tej scenie!

3. Astrid Lindgren – „Przestaliśmy nadawać ulicom imiona” Już poprzedni album poznaniaków wysoko postawił poprzeczkę, ale udało im się ją podnieść jeszcze wyżej. O ile poprzednie wydawnictwo mnie zafascynowało klimatem i tekstami, to tu dochodzą jeszcze o wiele ciekawsze kompozycje. Dla mnie osobiście nr 1 w kategorii „emo”, nie tylko w Polsce.

4. Fertile Hump – „Dead Heart” Udana kontynuacja debiutanckiej EP’ki z zeszłego roku, idealna płytka na ponure, jesienne wieczory.

5. White Crosses – „White Crosses EP” Kapelę poznałem dopiero na koncercie, ale zrobili na mnie bardzo pozytywne wrażenie. Ich EP’ka przeszła niestety bez większego echa, a szkoda! Kawał dobrego grania klimatem zbliżonego do Gaslight Anthem. Mam ogromną nadzieję, że w przyszłym roku doczekam się ich pełnego materiału.

ZAGRANICA:

1. Oathbreaker – „Rheia” Przed wydaniem tej płyty Oathbreaker był dla mnie trzecioligowym zespołem, do którego raczej rzadko wracałem, „Rheia” jednak dość mocno to zmieniła. Połączenie ciężkiego, ekstremalnego wręcz grania z hipnotyzującym, czystym wokalem Caro i do tego oczywiście świetna muzyka zdecydowanie robi robotę. Odlot i ciary gwarantowane!

2. Ignite – „A War Against You” Nowy album Ignite nie dorównuje co prawda do pięt poprzednikowi (tj. „Our Darkest Days”), ale wobec tej kapeli jestem dość bezkrytyczny i nowy zestaw hitów od Zoliego i ekipy zawsze mnie cieszy.

3. Kvelertak – „Nattesferd” Większość moich znajomych po odsłuchu tej płyty utwierdziła się w przekonaniu, że Kvelertak skończył się na pierwszym albumie, ja mam totalnie odwrotnie. Ta płyta to ich najlepsze wydawnictwo – chwytliwe, rock’n’rollowe melodie i nieziemski klimat, a jednak czuć w tym wszystkim ten charakterystyczny, Kvelertakowy, metalowy pazur. No i tytułowy numer!

4. Boucing Souls – „Simplicity” Po 27 latach na scenie Bouncing Souls wypuściło jedno z najepszych wydawnictw w swojej karierze. Bardzo przebojowy album z mistrzowskim „Writing On The Wall”. Pozycja obowiązkowa dla fanów melo punka.

5. Descendents – „Hypercaffium Spazzinette” Dwanaście lat kazali czekać na następcę „Cool to be you” ale warto było, bo nie zawiedli. Album tak samo hiciarski jak dwa poprzednie wydawnictwa, pół godziny przyjemnego, melodyjnego punk rocka okraszonego (jak zawsze w ich przypadku) przyjemnymi tekstami.

IGOR (Suicidebycop, Scythe)

Zamiast robić kolejny już ranking najlepszych płyt roku 2016, pokusiłem się o krótki opis tego, co najbardziej w tym roku w muzyce mnie urzekło – niekoniecznie pod względem techniki czy kompozycji.

Na pierwszy ogień – Torso na żywo. Nie mogłem zobaczyć ich na DIY ani w Warszawie, ale udało się na drugim koncercie w Berlinie. Na chwilę obecną to chyba najlepsza punkowa kapela zarówno pod względem riffów, prezencji, jak i „dżobika” (pozdro Pacior!). Na żywo równać się z nimi może jedynie In Twilight’s Embrace – ich widziałem jakieś 5 razy w tym roku i nie zawiedli mnie nigdy – kompozycje, frontman i cover Armii się zgadzają. Prócz tych dwóch ekip warto wspomnieć berliński Life Fucker – inni mogą się wiele nauczyć o byciu punx, bo widząc ich na deskach toruńskiego Pilona spodziewałem się wiele, ale na pewno nie podpalenia sali koncertowej i zestawu perkusyjnego. Najciekawszy gig? Release party Castetu w lokalu Pina Colada, w piwnicy Hotelu Katowice. Czułem się jak na bankiecie na którym występuje Lady Pank. Czyli typowe 10/10.

Najlepszym debiutem tego roku jest definitywnie częstochowska ekipa Radiance, czyli 90sowy hardcore inspirowany Outspoken czy Inside Out. Kompletna kosa i to grana przez młodych ludzi z Krakowa. Inne nagrania warte uwagi z Polski to Prisoners By Choice i Government Flu.

Z zagranicznych rzeczy wartych wyróżnienia, to nowe nagywki G.L.O.S.S., Arms Race, Scab Eatera, No Time, Rixe i płyty które w 2016 zapętlałem najczęściej – s/t Litovsk, Busted Outlook i oczywiście Angel Du$t. Największe wrażenie w tym roku wywarł na mnie Jay Reatard, ale akurat bardzo późno go odkryłem, bo sam Jay nie żyje już od sześciu lat. Wszystkim jednak polecam jego solowy album Blood Visions.

W kategorii poza-hardkorowej bliski mi black metal zwyciężył we wszystkich rankingach – nie wyszło w tym roku nic lepszego niż nowa płyta Furii. Absolutnie perfekcyjna. „Honourable mentions” w kategorii wpierdol dla nowego Trap Them – mistrz świata. Prócz tego, Spotify i przebrzmiały last.fm mówią, że najwięcej innej muzy z tegorocznych wydawnictw słuchałem Kinga Dude i PRO8L3Mu. Casualowo.

Największy zawód to natomiast pewne zachowania na scenie hardcore punk, które nie powinny się zdarzać już od samych jej początków – wszyscy wiemy o co chodzi. Wbijanie na krzywy ryj, za darmo, na benefity, zamieszanie na UCP związane z kradzieżą figurki czy konserwy, które wciąż są oburzone przekazem Siksy. Won ze sceny. Przy okazji razi mnie też trochę polowanie na wiedźmy. No i nowe Turnstile. Hołubiłem tą kapelę, a oni wbili mi nóż w plecy. Jedyny dobry numer z nowej EP to cover Give. 2016 – chuj Ci w dupę za zabranie Bowiego.

Ze spraw personalnych – zagrałem w tym roku około 50 gigów z SBC i Scythe (demo już niedługo), przy okazji nagraliśmy całkiem fajną EP u Jędrasa w Riot. W związku z tym dzięki wszystkim, którzy nam pomagali, byli nam bliscy i zasługują na wyróżnienie: cała ekipa Thorn Mob, Walery, Jędras, Glamour, Stan, Besz, Radek, Pacior, Wiktor, ekipa Gattaca i Remek, Prisoners By Choice, Mad&Loud, Wolf i oczywiście DIY Koło Records. Się nie żegnamy, oby 2017 był jeszcze lepszy!

ŁUKASZ (The Dog, Long Walk records, Spring Forward Fest)

Do momentu, w którym nie zacząłem pisać tego podsumowania wydawało mi się, że w 2016 roku posłuchałem jakiegoś miliona nowych płyt, a przynajmniej połowa z nich na luzaku łapie się do tego typu zestawienia. Miałem okazję posłuchać masę znakomitych rzeczy, ale większość okazała się być płytami wydanymi nieco wcześniej, albo dużo, dużo wcześniej. Ostatecznie okazało się, że ledwie znalazłem pięć. Za to każda z nich w pełni zasługuje na to, żeby znaleźć się w tym zestawieniu.

Więc po kolei: Furia, PR0BL3M, Run The Jewels… Nie no, kurwa, żartuje. Wiem, że panki słuchają już tylko takich rzeczy, ale są pewne granice!

5. Mean Jeans – Tight New Dimension

Nie jest tajemnicą, że uwielbiam Ramones. Nie każdy wie jednak, że NIENAWIDZĘ 98% kapel, które zrzynają z Ramones i najchętniej zasypałbym je wszystkie w przysłowiowym dole z wapnem. Mean Jeans jest wśród tej garstki kapel, które konstruowanie płyt opartych na trzech chwytach i banalnych melodiach opanowało od perfekcji. Z kawałkiem „Late Nite Vision” mógłbym spędzić upojną noc. Osobne wyróżnienie za najbrzydszą okładkę w historii wszechświata

4. The War Goes On – S/T

To może być dla niektórych trochę kontrowersyjna teoria, ale ja na debiutanckim LP tej załogi słyszę całą masę skate punkowych inspiracji. Nie wiem, czy tak było, ale mam wrażenie, że podczas pisania płyty ktoś słuchał strasznie dużo albumów, które Epitaph i Fat Wreck wydawali na początku lat 90. Równie kontrowersyjne dla wielu może być stwierdzenie, że ta płyta jest lepsza niż to, co wcześniej nagrywało No Hope For The Kids, ale co ja poradzę, że tak właśnie jest.

3. No Time – You’ll Get Yours
Ta płyta jest tak cudowna, że kompletnie nie przeszkadza mi fakt, że wszystko na niej jest takie strasznie sztampowe i że każdy riff, który się na niej znalazł to coś zajebanego albo od Blitz albo od Slapshot, a do tego grają to wszystko totalni przebierańcy. Jakie to ma znaczenie w obliczu tych wszyskich PRZEBOJÓW?

2. Useless ID – State Is Burning

Nie myślałem, że nagranie takiej płyty będzie możliwe w 2016 roku. Melodyjny punk, jaki poznałem w latach 90. dzięki takim kapelom jak Pennywise, No Use For A Name, Millencolin, w XXI wieku stał się dla mnie totalnie niesłuchalny. Przeprodukowany, syntetyczny, nudny, pretensjonalny. I nagle wjeżdża Useless ID, które nie zauważyło, że nie mamy już 1996 r. i po prostu nagrywa płytę, którą śmiało można byłoby postawić między „About Time” i „Making Friends”.

1. Descendents – Hypercaffium Spazzinate
Nie wiem, czy Descendents A.D. 2016 mogło nagrać lepszą płytę. Początki mieliśmy raczej trudne, za dużo w tym wszystkim słyszałem ALL, a za mało Descendents (które uwielbiam, ale nie jestem bezkrytyczny, a płytę „Enjoy” najchętniej bym zdelegalizował). To jednak zdecydowanie takie Descendents, jakie uwielbiam – z masą patentów, które na luzie mogłyby się znaleźć na „Everything Sucks”, ale bez prób oszukiwania metryki. Dla mnie bezdyskusyjnie najlepsza rzecz, jaka ukazała się w 2016 roku.

Jeżeli chodzi o Polskę, nie będę nawet próbował stworzyć zestawienia pięciu najlepszych płyt, bo serio nie mam z czego. Oczywiście, mógłbym tutaj wpisać w ciemno „Vile Life” od Government Flu, ale prawda jest taka, że posłuchałem tej płyty może ze trzy razy, zawsze będąc zajęty czymś innym, więc nawet nie wiem, jak bardzo jest dobra. Warto odnotować też debiut Prisoners By Choice, ale to raczej na zachętę, bo jest na tej płycie zbyt dużo rzeczy, które mnie drażnią. Pewnie wpisałbym tutaj 7” Heatseekera, gdybym tylko miał okazję ją usłyszeć, a że jeszcze nie miałem okazji, to nie wpisuję. Debiut Mentor? Spoko, ale posłuchałem tej płyty półtora raza. Jedyna rzecz, jaką z czystym sumieniem mógłbym umieścić w jakimkolwiek zestawieniu najlepszych polskich płyt 2016 jest „Dead Heart” od Fertile Hump i niniejszym to czynię. Żaden to pank, ale dawno nie słyszałem bardziej emocjonalnej i chwytającej za – nomen omen – serce muzyki. W dodatku się kolegujemy, więc tym bardziej się cieszę, że mogę z czystym sumieniem napisać, że to najlepsza polska płyta mijającego roku.

SPOOKY (Spook records)

Polska

EYE FOR AN EYE „Ostatni”

STREET CHAOS „Nie Pytaj Dlaczego”

WATCHING ME FALL „Crossroads”

GOVERNMENT FLU “Vile life”

FIGHT THEM ALL „Self Titled”

Zagranica

Ignite „A War Against You”

Lionheart „Love Don’t Live Here”

Akani „Through My Darkest Infernal ”

COLD HARD TRUTH „Truthgetta”

Desolated „The End”