Pleasure Trap to pewnego rodzaju novum na polskiej scenie. Warszawskie trio porusza się w klimacie rzadko lub niemal wcale nie eksplorowanym przez rodzimych załogantów. Ich muzyka to modsowski power pop z elementami ska i punk rocka, do tego zespół zapowiada wprowadzenie do swojej muzyki soulu, co wydaje się karkołomnie lecz ciekawie zarazem. Na dniach ukaże się pierwsza epka grupy postanowiłem więc zadać chłopakom kilka pytań. Odpowiadali; E – Eryk, M – Maciek, K – Kuba.

Cześć, jesteście młodym zespołem więc na początku powiedzcie kilka słów o sobie oraz o powstaniu zespołu.

E: To ja nas tak klasycznie przedstawię: jesteśmy Pleasure Trap, powstaliśmy jakoś z początkiem 2016 roku, ale w sumie w mojej głowie pomysł na granie z chłopakami pojawił się wcześniej. Chciałem porobić coś siedzącego w jakiś sposób w klimatach skinheadowych, ale w stronę lżejszych brzmień, niż robię to w Lazy Class, stąd naturalne kroki w kultury mods, casuals. Nasz perkusista Kuba, który jest skarbnicą wiedzy nt. tych klimatów i muzy, nauczył mnie słuchać soulu i brit-popu. Poza perkusją, czuwa nad nami wszystkimi, hehe. Także skład to: Kuba – perkusja, Maciek – bas, Eryk – gitara. Staramy się śpiewać wszyscy.

1

Waszą muzykę określacie mianem „power pop/skinhead soul”. Póki co to ja osobiście tego soulu za bardzo nie słyszę za to power pop jak najbardziej. Powiedzcie skąd pomysł na granie takiej muzyki? Jacy artyści zainspirowali was do działania w takim a nie innym kierunku? No i co z tym soulem?

M: To jest PR opis Eryka. Ja bym napisał, że to power pop/punk/ska, ale za pół roku pewnie pojawią się piosenki spoza tego kanonu i będzie nieaktualne. Lubimy stary soul, ale u nas występuje on raczej na zasadzie inspiracji, niż faktycznego brzmienia. Chociaż pracujemy nad tym aby było inaczej.

E: Tak naprawdę określenie zostało wymyślone na poczekaniu, w trakcie mojej rozmowy z Radziem (pozdro!), dzięki któremu zagraliśmy pierwszy koncert w Chmurach. Tylko, że wypada napisać, co dany zespół gra, np. na plakat, czy na wydarzenie na facebooku, a ja nie wiedziałem, co. W końcu wyszło power pop/skinhead soul. Podoba mi się, i moim zdaniem, tak naprawdę całkiem w porządku określa to, co robimy – wyrażenie jest wystarczająco poprawne i odpowiednio niedokładne. Oczywiście masz rację – na pierwszej „epce” soulu jeszcze nie słychać, ale cały czas się uczymy, pracujemy nad piosenkami i brzmieniem i na najbliższych koncertach i następnych nagraniach soul na pewno się pojawi. Tylko taki „skinhead soul”, hehe. Ale, tak jak wspomniał Maciek, gramy np. ska, pojawiają się elementy britpopu, dużo jest inspiracji tanecznymi hitami the Clash jak „Magnificent Seven” czy „Rock the Casbah” – stąd wydaje mi się, że ciężko byłoby nazwać w dwóch słowach „nasz” rodzaj muzyki. Dlatego power pop/skinhead soul, będąc odpowiednio niedokładnym, dobrze definiuje „brytyjskość” naszego grania. Inspirujemy się głównie takimi wykonawcami jak: Martha Reeves, the Who, the Clash, the Jam, the Kinks, Small Faces, ale i np. the Specials, Housemartins, Redskins, Stone Roses przy dużej domieszce klasycznego Oi! jak Cockney Rejects czy the Business.

K: Ja się jaram klimatami mod revival ’79 od czasów licealnych. Wiadomo, The Jam są najlepsi, ale słuchałem z wypiekami na twarzy innych kapel z tego nurtu – Secret Affair, Lambrettas, Merton Parkas, The Chords, Purple Hearts. Miałem w tym czasie sąsiada Angola – który w latach 80. był modsem. Poznałem go jak kiedyś przed domem grzebaliśmy z kolegą przy zabytkowym ruskim skuterze, który przez jakiś czas był moją własnością. Angol oszalał jak zobaczył tę maszynę, zaprzyjaźniliśmy się i odtąd kiedy go spotykałem sporo opowiadał o tym jak ta subkultura wyglądała, o ciuchach, muzie, skuterach. Po pewnym czasie dotarło do mnie, że kapele revivalowe nie wzięły się z kosmosu. Że jest w tym nawiązanie do brytyjskich bandów beatowych czy wczesnej takiej przedhippisowskiej psychodelii z lat 60, a z drugiej strony właśnie soulu. Wsiąkłem dość mocno w takie granie jako słuchacz, zbieracz płyt itp. Słucham bardzo dużo różnej muzyki ale zawsze chciałem grać właśnie takie rzeczy. Wiadomo, że nie zabrzmimy jak Otis Redding i to nie do końca o to chodzi ale myślę, że te inspiracje będą czytelne.

Do tej pory zarejestrowaliście cztery utwory, z których część zamieściliście na swoim bandcampie, które niebawem mają się ukazać w bardziej namacalnej formie. Powiedzcie kilka słów o tych piosenkach.

E: Są to w sumie jedne z naszych pierwszych piosenek. Dokładnie pierwszą była Withstand, którą napisałem jeszcze przed powstaniem zespołu, i dlatego, mimo że jest to „sofciarskie” granie, to wydaje mi się, że wbrew pozorom jest to najbardziej punk rockowa piosenka. Później, tworząc, staraliśmy się w sumie poruszać w innych klimatach. „Compromise (is a lie)” jest już bardziej power popowy, a „Hunt for hunters” i „Ain’t no freedom”, miały być po prostu, z braku lepszego słowa, taneczne. Czy wyszło, czy nie, to już nie do nas należy ocena, ale od momentu rejestracji tamtych utworów, mimo że minęło niecałe pół roku, powstało dużo nowych, w których moim zdaniem zaczynamy bardziej definiować nasze brzmienie. Wracając do pierwszych czterech: wkrótce wydamy sobie CD o tytule „Hell called earth”, gdzie te utwory będą.

Wspomnianą epkę wydajecie sami, nie znalazł się wydawca chętny by wypuścić ten materiał? Myślicie w ogóle, że wasza muzyka ma potencjał by, uwaga brzydkie słowo, się sprzedać? Nie mówię oczywiście o sensie komercyjnym ale bardziej o takich podstawowych rzeczach jak posiadanie wydawcy, swojej publiczności czy granie regularnych koncertów.

E: Trochę czasu spędziłem na kontaktach z różnymi wytwórniami. Tym razem nie wyszło, ale spotkaliśmy się z wieloma bardzo pozytywnymi opiniami, więc jest szansa na jakąś przyszłość w tym temacie. Co do publiczności i regularnych koncertów: wydaje mi się, że tutaj dużo roboty jest bardziej po stronie organizacyjnej i zapału. Oczywiście, muza się musi bronić, ale bez odpowiedniego zaangażowania w warstwę nieartystyczną, nie będzie koncertowania, a co za tym idzie, nikt nie będzie tego słuchał. Co do muzyki i jej potencjału, może być ciężko – jest to już taka trochę nisza w niszy. Ale tu nie do końca o to chodzi, ponieważ, bardzo lubimy robić to, co robimy, grać ze sobą i robić piosenki. Jak coś wypali, to fajnie, ale nie oczekując zbyt wiele, na pewno się nie rozczarujemy, a tak naprawdę już na tym etapie, wydaje mi się, że wszyscy czujemy, że granie ma jak najbardziej sens, bo sprawia nam to radość.

K: Ja jestem optymistą, jeśli chodzi o ten potencjał. W gruncie rzeczy mniej chodzi o otoczkę, liczą się fajne piosenki. A te są jak mi się wydaje coraz fajniejsze. Więcej popu mniej punk rocka! Z drugiej strony faktycznie nie mamy jakichś wielkich oczekiwań. Cieszy mnie samo granie.

M: DIY mi się podoba. „Sprzedanie się” to grubsze science-fiction.

14680731_994148997375159_3981398813923313137_n

Wróbelki ćwierkają, że jesteście w trakcie kolejnej sesji nagraniowej. Zdradźcie proszę kilka szczegółów na jej temat. Czego będzie się można spodziewać po nowych numerach? Będzie to kontynuacja stylu tych pierwszych utworów?

E: Jak przy pierwszej epce, utworów będzie cztery. Jak przy pierwszej, połowa tekstów będzie lewacka, połowa obyczajowa. Będzie ska, będzie power pop i, co najważniejsze, będą ruchy w stronę soulu, hehe. Czyli tak, trochę będzie to kontynuacja, ale też cały czas się rozwijamy, uczymy się grać w założonych wcześniej klimatach i, mam nadzieję, będzie to słychać.

K: Wygląda na to, że będą to lepsze piosenki, lepiej zagrane, lepiej zaśpiewane i lepiej nagrane.

M: Mnie to się wydawało, że te piosenki mają więcej punk rocka, niż poprzednie, ale koledzy mi uświadomili, że nie mam pojęcia o muzyce.

Chciałbym zapytać o warstwę liryczną waszych kawałków. Przysłuchując się waszym tekstom mam wrażenie, że poziomem zaangażowania i lewactwa moglibyście zawstydzić nie jeden crustowy ansambl z najgłębszych otchłani zakazanych skłotów. Skąd u was tyle jadu? Dlaczego chcecie polować na myśliwych i nie przybijacie piątek z naziolami? Co jeszcze chcecie przekazać w waszych tekstach?

E: Piszemy o tym, o czym myślimy. W moim przypadku, chyba każdy tekst zawiera nutkę rozczarowania światem, braku możliwości zaakceptowania tego, że wyobraźnia i marzenia są negowane, ludzie mają pracować i zarabiać pieniądze. „Ain’t no freedom” jest o tym, że są na tym świecie rzeczy, które po prostu nie mogą być widziane przez pryzmat pieniędzy, ponieważ z założenia się nie opłacają. Natura, uczucia, sztuka. Trzeba o nie dbać, a nie starać się na nich zarabiać. „Withstand” natomiast jest o zagubieniu. O tym, że jak nie spróbujesz, to się nie dowiesz, ale jak spróbujesz, to będziesz żałował. O tym, że często znajdujemy się w sytuacji, gdy masz do wyboru tylko złe drogi („many paths to choose, they’re all fucked up”). Jednocześnie jest to piosenka pełna nadziei, że przy pomocy przyjaciół damy radę – „We’ll withstand this hell called earth”.

K: Tu ściera się żywioł polityczny z obyczajowo – sentymentalnym. Wiadomo, że kochasz swoją dziewczynę i nienawidzisz Margaret Thatcher. Rasizm i myślistwo są dla dekli.

M: Mam rosnące poczucie, że jednoznacznie zaangażowane piosenki polityczne tylko wkurwiają. I słuchacza i pisarza. Może wrócę do metafor i udawania artysty, a to po ingliszu prostsze.

Wszyscy trzej graliście w The Lunatics a Maciek był założycielem tego zespołu. Grupa w maju zagrała swój pożegnalny koncert. Dlaczego po tylu latach zdecydowaliście się pogrzebać ten projekt? Jego zgon jest ostateczny czy może macie plan reanimacji za jakiś czas?

M: Byłem zmęczony graniem w Luna. Koncert pożegnalny był naszym najlepszym w warszawskiej historii, a swoim dość licznym przyjściem na stypę także ludzie dali jasny znak, że warto zakończyć ten etap. Niczego nie wykluczam, ale na ten moment pomysł reaktywacji zupełnie mnie to nie kręci.

E: W jakiś sposób, pożegnanie the Lunatics było okazją do stworzenia czegoś nowego, świeżego.
K: Formuła Lunatics wyczerpała się już jakiś czas temu, tylko za bardzo nie było odważnego żeby to powiedzieć wprost. Mam miłe wspomnienia z tych kilku lat jakie grałem w tej kapeli ale jednocześnie nie mam żadnych wątpliwości, że już nigdy nie zagramy pod tym szyldem.

ptrap

Maciek i Kuba grali też w zespole Lovelot, który moim zdaniem grał momentami pokrewną do Pleasure Trap muzykę. Co stało się z tą kapelą i dlaczego nigdy właściwie nie rozwinęła skrzydeł?

M: Ja nie potrafię śpiewać, teksty były momentami esejami z autopsychoterapii, a kompozycje Ganga (pozdrawiamy) były jeszcze bardziej vintage, niż są w PT. To się nie mogło udać. Chociaż do niektórych piosenek mam sentyment, zwłaszcza dwóch opublikowanych pośmiertnie.

E: Szczerze – żałuję, że chłopaki nie rozwinęli wspomnianych skrzydeł. Zespół był fajny, a moje pierwsze nagrania z perspektywy realizatora, były właśnie nagraniami piosenek Lovelot, stąd też w jakiś sposób, czuję do tego zespołu sentyment.

K: Nie rozwinęła skrzydeł bo nie starczyło nam energii żeby pociągnąć to dalej. Było fajne brzmienie, był Gangu – człowiek żywcem wyjęty z lat 60., był jakiś pomysł na granie, ten zespół nie brzmiał i nie wyglądał jak 50 innych ale to zdechło śmiercią naturalną w dość krótkim czasie. Fajnie, że kojarzysz.

Na koniec klasyk muzyczno-dziennikarskiej ignorancji. Co oznacza nazwa Pleasure Trap i dlaczego zdecydowaliście się tak nazwać swój zespół?

M: Pułapka przyjemności, dążenie do nieustannej frajdy i podkręcenia. Erykowi się to skojarzyło z sercem. Dziedzictwo polskiego romantyzmu.

E: Wolę określenie niejakiego Marcina Klimczaka (Mustache Ministry, pozdro!) – „pułapka na przyjemność”.

K: Nie bardzo wiem, ale kojarzy mi się z pigułkami i muzyką z Manchesteru końca lat 80. typu Happy Mondays, więc chyba spoko?

Ok, to tyle. Powiedzcie kilka słów na temat waszych planów związanych z Pleasure Trap. Jeśli chcielibyście coś dodać do wywiadu to jest też odpowiednie miejsce. Dzięki!

M: Niedługo wydajemy pierwszego singla/mini epkę (okładka Maciek Misiewicz, studio Klima – dzięki za pomoc), kończymy nagrywać drugiego, mamy materiał na kolejne dwa. W planach nie tylko polskie koncerty (dziękujemy Lazy Class, a zwłaszcza Wiktorowi, który wciąż nas zadziwia swoją urodą, inteligencją i dobrocią serca).

E: Dzięki! Plan jest tak naprawdę jeden od początku – tworzyć muzykę ciesząc się z grania. Dzięki temu, po niecałym roku, mamy prawie 20 piosenek, co wydaje mi się całkiem niezłym wynikiem. Pozostaje je nagrywać, wydawać, grać je na koncertach, i tworzyć kolejne. Tworzyć takie, że Joe Strummer byłby z nich dumny. Wiadomo – fajnie byłoby, gdyby udało się zacząć współpracę z jakąś wytwórnią, grać coraz większe koncerty, żeby się to wszystko rozrastało, ale z drugiej strony, chcieliśmy sobie po prostu pograć – robimy to, i jesteśmy zadowoleni. Pozdrawiamy i dziękujemy wszystkim, którzy nas wspierają i pomagają, Oi!

Rozmawiał: Wiktor Rykaczewski

https://www.facebook.com/ptrapsoul