Coke Bust „Confined/Anthology” CD, Refuse Rec.

Coke Bust pochodzi znad Potomaku, konkretnie zaś Waszyngtonu i jak łatwo zgadnąć nie mieli żadnego wyboru w wyborze stylu: to musiał być hard core. Z ciekawości sprawdziłem w Wikipedii największych muzyków rodem ze stolicy Stanów, a tam: Minor Threat i Bad Brains dumnie figurują obok Duke’a Ellingtona i jakiegoś nudziarza, kompozytora marszów z XIX w.

Chłopaki jeszcze w liceum przeszli na jasną stronę mocy, zostali strejtedżami i postanowili nie dać się pokonać w szybkości kawałków. Odmiana ekstremizmu jaką uprawiają nazywa się chyba fast-core, więc jeśli muzyki słuchacie głównie w supermarketach będzie sporo krwi jak już zdecydujecie się to włączyć. Rzeźnia jest naprawdę konkretna i równie piekielnie wciągająca, nic dla słabych. Akceleracja w kilku miejscach bywa krytyczna i z trudem pozwala utrzymać się w miejscu. Przeczysta agresja szybko osiąga tempo nadświetlne. W momencie gdy przeciążenie przekracza 5G nadchodzi miażdżące przyhamowanie, przy którym oczyma duszy widzę jak w zwolnionym tempie ekipa pod sceną rozwala sobie nosy i głowy. Tak rozkręca się ostatni na Ziemi mosh pit, w którego szalonym wirze znika cały ten chory świat z jego wszystkimi problemami. I nagle wszystko się urywa. Najdłuższy numer kończy się przed upływem dwóch minut, więc i mi pora kończyć.

Niezbyt łatwo było mi się odkryć urok Coke Bust, ale dziś to jedna z fajniejszych płyt na poranne pobudzenie. Wyobrażam sobie jak zabójczo brzmi to na żywo, zwłaszcza że na końcu dodano kilka kawałków live. Błyskawiczna dawka adrenaliny, dobra odtrutka na życiowe spowolnienie i pierwsze objawy starości. < (STAN)