Nie planowałem wcześniej wizyty na tegorocznej Muszli ale jako, że okazało się, że w czasie festiwalu będę gościł w Toruniu to głupio było by nie skorzystać ze sposobności, szczególnie że line up imprezy był całkiem zachęcający. Byłem ciekaw jak Muszla Fest wygląda po zmianie koncepcji z lokalnego darmowego wydarzenia na festiwal pretendujący do miana imprezy ogólnopolskiej z zagranicznymi headlinerami zwłaszcza, że zeszłoroczna edycja frekwencyjnie wyszła ponoć słabo.

Miejsce w którym odbywa się festiwal to ogromny park na obrzeżach Bydgoszczy dzięki czemu było całkiem urokliwie a festiwal był uciążliwy co najwyżej dla okolicznej fauny. Teren imprezy został pomniejszony w stosunku do tego co było w zeszłym roku co okazało się trafnym posunięciem, gdyż frekwencja nie była jakoś nadzwyczajna i na większym obszarze można by odnieść wrażenie, że jest pusto.

Koncerty odbywały się naprzemiennie na dwóch scenach, dużej oraz małej, mieszczącej się w namiocie. Trzeba przyznać, że organizacja występów była perfekcyjna i godziny koncertów zgadzały się co do minuty. Z jednej strony robi to wrażenie lecz z drugiej szkoda, że niektóre zespoły mimo świetnego przyjęcia, jak na przykład 1125, nie mogły zagrać nawet jednego bisa. No ale wiadomo, nie można mieć wszystkiego.

14079603_1175898115807525_4047142744776113971_n

fot. Dariusz Gackowski

Przyzwyczajony do tego, że jeszcze żaden polski festiwal na którym byłem nie rozpoczął się punktualnie na luzie podszedłem do rozpiski godzinowej występów przez co przegapiłem rozpoczynających imprezę Alles. Tym większa szkoda, że bardzo lubię ten zespół i cały czas coś staje na drodze bym go zobaczył na żywo. Może kiedyś się uda.

Zespołem, który zastaliśmy na dużej scenie po naszym przybyciu na miejsce był Alastor grający zupełnie obojętny mi metal, więc ich występ spędziłem na witaniu się z czasami dawno nie widzianymi znajomymi. Kolejni byli thrashowi prześmiewcy z Testera Gier, którzy rozkręcili niezły mosh pit pod namiotem. Zważywszy na okoliczności, grali bez jednego gitarzysty i z zastępczym pałkerem, zagrali bardzo solidny gig.

Kolejne dwa zespoły, Włochaty i grająca okazjonalny gig lokalna legenda, Kompania Karna, upłynęły mi na spotkaniach towarzyskich przez co załapałem się dopiero na set Dezertera. Weterani i najważniejszy polski punk rockowy zespół w jednym zgromadzili chyba największą widownię podczas całego festiwalu dzięki czemu w końcu poczułem, że jestem na dużej imprezie. Koncert grupy był dosyć wyjątkowy, na Muszli swoją premierę miała reedycja ich pierwszego i kultowego singla, co przyczyniło się do sięgnięcia przez zespół po najstarsze kawałki i był to moim zdaniem strzał w dziesiątkę. Dezerter jest na żywo bardzo solidną załogą ale bywa również przewidywalny i niespecjalnie porywający (do dziś pamiętam różnicę w energii miedzy Dezerterem a nie młodszymi przecież zawodnikami z Subhumans i Real McKenzies na ich wspólnym koncercie w Łodzi kilka lat temu). Tu nie było tego problemu, zestaw utworów, energia ze sceny, reakcja publiczności – wszystko się zgadzało. Naprawdę konkretny występ i chyba jedyna okazja by na żywo zobaczyć w XXI wieku takie kawałki jak „TV Show” czy „Polen über alles”.

14055006_1175899125807424_1146536004003753874_n

fot. Dariusz Gackowski

Trudne zadanie utrzymania temperatury występu Dezertera przypadło 1125 i przyznam, że złotowiacy nie zawiedli. Konkretny występ, świetne brzmienie, pełen namiot i tona energii. Zagrali przekrojowo od starych klasyków jak „Policja” czy „Płonie mi serce” po utwory z ostatnich anglojęzycznych płyt. Kilku numerów brakowało a jak wspomniałem wyżej, zespół przez sztywne ramy czasowe nie mógł zagrać bisa, ale mimo to występ 1125 zostawił po sobie świetne wrażenie. Swoją drogą, przydała by się jakaś nowa płyta tej załogi.

Po  jedenastkach główną sceną zawładnął metalowy headliner pierwszego dnia czyli Decapitated. Duży, rozpoznawalny na świecie zespół będący poważnym graczem na swoim podwórku. Mnie, niedzielnego fana metalu, specjalnie nie ruszyli, nie mój klimat, choć oczywiście warsztat i profesjonalizm robił wrażenie.

Zamknięciem pierwszego dnia festiwalu był występ francuskiego elektro punkowego duetu MYCIAA. Była to właściwie dla mnie jedyna niewiadoma tej imprezy i okazało się, że jest super. Chłopak i dziewczyna grający na basie, gitarze, syntezatorze i używający automatu perkusyjnego zrobili naprawdę konkretny szoł. Było przebojowo, tanecznie ale czasem również ostro i punkowo. Dobrego wrażenia dopełniały wizualizacje wyświetlane w tle na licznych ekranach. Świetna zakończenie festiwalowego piątku.

14021525_1175899915807345_8469863945310918677_n

fot. Dariusz Gackowski

W sobotę tradycji stało się za dość i ponownie spóźniliśmy się na pierwszy zespół wpadając na końcówkę występu drugiej kapeli dnia, lokalnej załogi Vidian poruszającej się w post metalowych klimatach. Słyszałem ich dosłownie przez moment ale brzmiało to na tyle ciekawie, że będę musiał zapoznać się z twórczością zespołu. Po nich na małej scenie zagrał wrocławski This Noise, których występ przegadałem ze znajomymi odrywając się dopiero na koncert włoskich klasyków z Raw Power. Zagrali bardzo przyzwoity koncert na którym dobrze mieszali melodie z szybkością i zadziornością. Szkoda tylko, że pod sceną było pusto co na pewno wpłynęło na trochę dziwny odbiór całości.

Następny w kolejności był M.O.R.O.N. eksploatujący średnio mnie interesujące rejony muzyczne, więc odpuściłem sobie ich występ czekając z niecierpliwością na Bishops Green. Kanadyjczycy nie zawiedli i zagrali kozacki gig złożony z kawałków ze wszystkich swoich wydawnictw. Wokalista, Greg Huff, od samego początku skrócił dystans między zespołem a publiką śpiewając cały koncert przy barierkach co moim zdaniem było fajnym gestem. Jak dla mnie był to występ festiwalu choć mam wrażenie, że gdyby odbył się on w bardziej kameralnym namiocie był by jeszcze lepszy.

14034759_1178219982242005_1633593717257775918_n

fot. Dariusz Gackowski

Karcer, który grał jako kolejny zespół, widuję ostatnio regularnie więc sobie tym razem odpuściłem. Następnym zespołem, który wystąpił na dużej scenie był holenderski All For Nothing. Kilka lat temu całkiem mi się ta kapela podobała, lecz ostatnio mam słaby klimat na takie granie. Ich koncert był bardzo profesjonalny, energetyczny jednak równocześnie wydawał mi się mało naturalny , wyrachowany i sprawiał bardziej wrażenie wyreżyserowanego spektaklu niż spontanicznego hardcoreowego gigu. Wokalistka, która z uporem maniaka w przerwach między kawałkami zachęcała do ostrzejszej zabawy, stage diveów i mówiła jak zajebistą publiką jesteśmy była moim zdaniem z tym wszystkim już na granicy śmieszności. Taki trochę Scott Vogel z ADHD i w epizodzie maniakalnym w żeńskiej wersji.

W prime time na małej scenie, który na pewno dostali po znajomości, zarządzili lokalni hardcoreowcy z Old Fashioned, których twarze kojarzę z innych zespołów, tylko nie mogę sobie przypomnieć jakich :).  Swój czas wykorzystali doskonale grając świetny, energetyczny set.  Ten zespół zdecydowanie zasługuje na większą atencję na krajowej scenie HC.

14095821_1178221528908517_8529910909681211503_n

fot. Dariusz Gackowski

W końcu nadszedł czas na gwiazdę wieczoru czyli Vadera. Mimo iż nie słucham ich muzyki na co dzień a jedyna płyta jaką posiadam to wydana w zeszłym roku „Future of the past II” zawierająca covery starych undergroudowych kapel (zajebista swoją drogą!) to byłem  bardzo ciekaw ich występu. W końcu mimo iż legenda Vadera jest obecnie nieco przykurzona to jednak jest to zespół, który te kilkanaście lat temu był w czołówce światowego death metalu.

Nie zawiodłem się ich występem na Muszli. Było bardzo solidnie, brutalnie i tak jak miało być. Ze sceny strzelały płomienie i kłęby dymu, perkusja nakurwiała niczym kałasznikow a gitarzyści nie oszczędzali instrumentów. Naprawdę fajny metalowy show.

14045621_1178222435575093_5730976979793196012_n

fot. Dariusz Gackowski

Na zakończenie w namiocie, w czasie gdy metalowcy czekali w kolejce by zrobić sobie fotkę z idolami z Vadera, zagrali Astrid Lindgren. Fajny luźny set z eleganckim coverem Dezertera jako rodzynkiem. Dobre zakończenie festu!

Przyznam, że Muszla w nowej odsłonie podeszła mi do gustu. Dobrze się bawiłem, zespoły nie zawiodły a organizacja była tip top. Nie obeszło się jednak bez kilku minusów. Największy jak dla mnie to chyba brak stricte wegańskiego lub chociaż wegetariańskiego cateringu. Było kilka food trucków ale we wszystkich podawano mięso. Da się przeżyć dwa dni na frytkach ale po co?

Inna kwestia to frekwencja. Tragedii chyba nie było ale ciężko uznać by festiwal cieszył się jakimś szalonym zainteresowaniem. Niezbyt dobrze to wyglądało szczególne na mniej znanych zespołach grających na nieproporcjonalnie do liczebności publiki dużej scenie. Nie wiem czy nie lepszym rozwiązaniem było by zrobienie dwóch namiotów, małego i trochę większego. Nie było by wtedy opcji na fajerwerki jak w przypadku występu Vadera ale zespoły nie musiały by grać przed pustawym placem i zniknęła by może ta ogromna i psująca kontakt na linii zespół-publiczność przestrzeń między sceną i barierkami. Po za tym nie mam się do czego przyczepić (no dobra, wielki balon Gazety Wyborczej, trochę kuł w oczy :) ) i mam nadzieję, że festiwal będzie się rozwijał i zyska przychylność większej publiczności.

Wiktor Rykaczewski