POISON HEART to warszawska punk’n’rollowa załoga, która od kilku lat szturmem zdobywa sceny nie tylko stołecznych klubów. Na koncie mają dwa albumy wydane przez amerykańską wytwórnię Zodiac Killer Records obok których obojętnie nie przejdzie żaden fan takich dźwięków. Było zatem tylko kwestią czasu by zespół pojawił się na naszych łamach. Na pytania odpowiadali; Paweł – gitara oraz Jacek – wokal.

Czołem. Na początek powiedzcie kilka słów o historii kapeli. Skąd się wzięliście, w jakich innych zespołach wcześniej graliście i dlaczego zdecydowaliście się tworzyć taką a nie inną muzykę w kraju w którym „dobry rock’n’roll” to Lady Pank?

P: Hey! Historia jest długa i lekko zawiła, postaram się szybko streścić. Jak wiesz grałem wcześniej w Unlucky Strike, które też zakładałem i już wtedy miałem plan iść trochę w tym kierunku, w którym idziemy teraz, ale byliśmy jeszcze za ciency. U schyłku Unlucky Strike, a szkoda, bo cały materiał na płytę poszedł się jebać, powstał zespół Warsaw Dolls. Wtedy przekonałem Stana, który przychodził na próby US i darł japę za Jezka, którego prawie w ogóle nie było na próbach, żeby zacząć coś robić. Banan, Joy, Krzysiek i ja wtedy założyliśmy Warsaw Dolls. Od początku jednak nie czułem tego, co poczułem gdy powstało Poison Heart. A powstało wtedy, kiedy moje i Krzyśka drogi z Warsaw Dolls się rozeszły. Joy mnie nakręcił wtedy, że chce dalej ze mną działać i zmotywował mnie do tego, że trzeba coś z tym zrobić. No i wtedy zrobiłem riff’a do Bad Girl na guitar pro, wysłałem Joy’owi, on ułożył linię basową i pykło. Potem jak doszedł do nas Krzychu nagraliśmy to domowym sposobem, i zaczęliśmy szukać wokalisty. No i od tego momentu historia zaczęła tworzyć się na ostro :). Przełom nastąpił  jak przyszedł do nas na próbę Elton. Nie zapomnę nigdy tej próby. Wszedł koleś, który nie za wiele miał doświadczenia, ale od razu wiedział o co chodzi. Od razu w mojej głowie powstała myśl, że ten koleś jest na podobnym poziomie jak my, że kapela musi rosnąć, bo jak będzie ktoś lepszy, to spierdoli po 3 koncertach i znów trzeba będzie szukać i tracić czas. On wtedy miał coś jeszcze, miał słuch i dobrze wyciągał dźwięki, pewnie był tego nieświadomy, ale wiedziałem od razu, że za pół roku będzie zapierdalał jak należy, do tego był i jest zajebistym kolesiem :). Resztę historii możecie przeczytać na naszej stronie WWW, bo tu się może nie zmieścić hehehe.

Wasza nazwa to oczywiste nawiązanie do Ramones lecz korzenie waszej muzyki to raczej skandynawski punk’n’roll. Opowiedzcie trochę o waszych muzycznych fascynacjach. Jak trafiliście na te dźwięki? Co jest waszym zdaniem wyjątkowego w tej stylistyce?

P: „Skandynawski punk’n’roll.” Coś w tym jest hehe, nawet w jednej z recenzji napisali, że nowy album mógłby się nazywać „Scandinavia Dreaming”, w Classic Rock Magazine, że gramy jak Szwedzi. Składają się na to na pewno nasze inspiracje, co nie wyklucza tego, że jesteśmy fanami Ramones :). Ja osobiście jestem zafascynowany skandynawską sceną od dawna, słucham dużo klasyków takich jak Hellacopters, Gluecifer, Sewergrooves, Turbonegro i w dużym stopniu zaraziłem swoją obsesją pozostałych członków bandu. Elton, kiedy do nas przybył, był mocno wystandaryzowany – słychać było w jego śpiewaniu dużo Punka : Clash, Misfits, Ramones, Bad Religion czy Youth Brigade, doprawione bardziej zaangażowanymi bandami typu Crass czy Dirt i to było słychać. Michał w classic rocku, Jaca bardziej w trashu i metalu, a Sontek siedział w kaliforni, ale jego zakres muzyczny był dość szeroki wpadający często w zagrywki hard corowe i metal-corowe . Przepuściłem szturmem zmasowany atak swoją muzą, do której nie trzeba było ich długo namawiać i teraz to już wspólnie jaramy się nowościami, które często się pojawią. Ostatnio z ciekawszych kapel to Deadheads czy Scumbag Millionaire, nie będę wszystkiego wymieniał, bo lista by była zbyt długa. Nie na samej Skandynawii się kończy, uwielbiam starą  dobrą scenę Detroit, czyli kapele proto-punkowe takie jak Sonic’s Rendezvous Band, MC5 czy Death. I tutaj wspomnę, że Detroit miało duży wpływ na scenę Szwedzką,  Nickie Anderson z Hellacopters posiadał wspólne projekty ze Scott Morgan’em znanym z wokalu w Sonic’s Rendezvous Band. Jednym z tych projektów było Hydromatics, gdzie grali głównie covery SRB ale też mieli blue-eyed soul’owy projekt o nazwie The Solution, który też bardzo lubię a moja córka zwłaszcza. Ta mieszanka przyniosła dużo dobrego – dwóch wartościowych dla mnie kolesi razem, lepiej się nie da. Poza tym, jest jeszcze cała masa innych, np.: Black Halos, Radio Birdman, The Candy Snatchers, Born to Loose, Märvel i setki innych. W materiale wyczuć da się również Kvelertaka, Wounds czy jakże zajebisty The Spades, choć nie ukrywamy, że hard core polski i zagraniczny mocno odbija się na naszym graniu. Wyjątkowe w punk’n’rollu jest to, że to kopalnia muzyczna, o której mógłbym pisać jeszcze długo, a granie, czysta forma gity, jej kult w każdym ruchu mojej ręki, który oddaje dźwięki i karmi moje wygłodniałe zmysły. Jaramy się na maxa!
J:  Ja za małolata śmigałem po pankowych festynach. W związku z tym, że pochodzę z Warmii trochę daleko było dla gnoja, żeby wyhaczyć porządne gigi. Wychowałem się na koncertach Dezertera, Post Regimentu, Aliansów, La Afery, Włochatego czy Pidżamy Porno. Te dwie ostatnie jeszcze z czasów, kiedy były to punkowe bandy. Kiedyś w moich stronach była solidna ekipa, ale niewielu przetrwało próbę czasu. W Lidzbarku Warmińskim mieście, z którego pochodzę urodziły się takie bandy jak Slashing Death, czasami jak zajadę na stare śmieci to jeszcze uda się wypić jakiegoś browca z Cipisem, nie zapominając o Samo, Too Noise czy Pulsarze. Tworzyli ją naprawdę srodzy kolesie później grający np. w Vaderze. Teraz jestem trochę w innym miejscu muzycznym, ale kasety zostały…

     13343127_1085594991514672_8101459603010898699_n

Wasze ostatnie dzieło to „Strong ties” – płyta, która moim zdaniem jest waszym najlepszym wydawnictwem. Jak wy je oceniacie z perspektywy tych kilku miesięcy które upłynęły od nagrania? Jesteście z niej zadowoleni?

J: Prawda jest taka, ze „Strong Ties” mogliśmy ogarnąć dużo wcześniej, tylko w Providencie nie dali nam pożyczki na 2 lata, żeby zaraz po założeniu bandu rzucić robotę i zaiwaniać w piwnicy numery. Wiesz jak jest, trzeba się napracować, wychlać cysternę browca i zajebać kilka słabych koncertów, żeby wyklarować skład, który jest konsekwentny w działaniu i się tym jara bez zbędnej pozery, choć ona też się czasem przydaje. Lansujemy się czasem z niemieckim piwem na fotach ;). Granie jednej próby w tygodniu, bo dzieci w domu płaczą, albo w korpo szef uważa, że musisz kupić sobie nową białą koszulę, powoduje, że nie ma się tyle czasu, żeby ten warsztat był na tyle dobry. Na koniec chcesz to nagrać w dobrym studiu, a nie w piwnicy u Ziutka, więc ciśniesz jak by cię wataha wilków goniła, żeby ten materiał jak najniższym kosztem zrobić. Czyli tak, mamy świadomość, że ten album jest najlepszy. Raz jeszcze to powiem – konsekwencja, nie jesteśmy żadnym wyjątkiem, jaramy się tym, robimy to dla lasek, browarów, ale przede wszystkim dla siebie i nawet jak już nikt nie będzie chciał tego słuchać to i tak będzie podjara, kiedy wskoczy nowy numer na warsztat. W zasadzie to właśnie się dzieje – robimy nowe numery i na prawdę czujemy siebie na wzajem, lokomotywa się rozpędza.
P: Tak jak mówi Jacek, to chyba nasze najlepsze wydawnictwo, bardziej dojrzałe i zgrane. Parę numerów pojawiło się tam przez przypadek, na przykład Eternal Slave powstał, kiedy miałem zagrać intro do Red Hood za Sontka, kiedy go nie było na próbie, a nie wiedziałem jak to leci, więc poleciałem cokolwiek. To był strzał w 10, napierdalaliśmy później tego riff’a zamiast materiał na seta :D. Dużo pracy zostało włożone w brzmienie, trochę gratów wymieniliśmy, co nas sporo kosztowało ale warto było, bo jak widać dobrze oceniasz ten materiał, a o to nam chodziło. Dla mnie to było niesamowite przeżycie, jeden cel, jedna zwarta ekipa, demon w oczach po prostu „Strong Ties”.

1384057_743852122355629_5706393929359331894_n

Braliście udział w niesławnym festiwalu Hardbowl. Jak wspominacie tę niesamowitą imprezę? Widzieliście, że gość zapowiada w tym roku czterodniowy festiwal?

J: Fantastyczny festiwal, świetna organizacja i niesamowity prowadzący… Kurwa, sami jesteśmy sobie winni, choć powiem Ci, że tak źle nie wyszło jeżeli chodzi o nas, bo hajs marny, ale na pociąg dostaliśmy zgodnie z umową, co nie wszystkim bandom było dane. Na początku jak dostaliśmy line up, to wiesz człowiek by pojechał zobaczyć kapele, bo było warto, a tutaj jeszcze opcja zwroty, więc nie marudziliśmy. Jednak z czasem okazało się, że sławetny mistrz organizacji największych festiwali w Polsce, znanych także w całej Europie, robi kapele w chuja. Ostrzegała nas ekipa z Warszawy. Chłopaki z No One Like Us napisali nam, żebyśmy się wymiksowali z tego, ale mądry ja  wcześniej podpisałem umowę i to dość niekorzystną finansowo w razie sądzenia się z typem, a gość takie numery kapelom podobno już wywijał. Wiesz, wyszliśmy z założenia, że pojedziemy. Ryzyko było takie, że zwiedzimy Wrocław i wrócimy do domu, a tu niespodzianka dostaliśmy na pociąg, mało tego, 4 piwa na 5 osobową kapelę he. Spiknęliśmy się z ekipą naszych zaznajomionych skinów z Warszawy i impreza była słodka. Na koniec jednak nie zagrał The Bussines – Węgrzy podobno kimali po klatkach schodowych. Skini zlali organizatora, a my się tak porobiliśmy, że szliśmy godzinę kilometr do dworca. Jakby kręcił to jakiś amerykański reżyser z Hollywood to sceny były jak z Wietnamu, szliśmy z gratami nie zapominając o rannych, zatrzymaliśmy odjeżdżający pociąg, wbiegając Paweł zgubił but a ja właziłem pod pociąg, żeby go wydobyć. Nie chce o tym dłużej rozprawiać, bo kiedyś ten wywiad chciałbym pokazać swoim dzieciom ;) Powiem Ci, ze ogólnie to nawet było fajnie z perspektywy czasu jak o tym myślę, hehe.

P: Chrystusie niebieski, to na pewno się nie wydarzyło się na prawdę, Jacek zgarnął mnie z peronu jak rannego do helikoptera i jeszcze wyciągnął buta spod pociągu. To był prawdziwy survival. 4 dni? Mówisz o Światowych Dniach Młodzieży?

O ile się nie mylę zdarzyło wam się odmówić występu ze względów, które można nazwać ideologicznymi. Dlaczego i co to były za okoliczności?

P: Nie wiem czy o jakąś ideologię nam chodziło ale wydaję mi się, że nie trzeba być z antify, żeby pierdolić nazioli. Sam kierowca był zdumiony naszą postawą i spuścił nam z ceny, bo do koncertu nie doszło.

Obie płyty wyszły tylko na CD – nośniku, który wydaje się być w odwrocie. Jest szansa na winylowe edycje?

J: Chyba musimy się postarać trochę bardziej, dotychczasowe płyty CD to była kwestia wydawcy, o kolejne postaramy się na winylu i kto wie, może poprzednie również.

P: To wszystko nie jest takie proste jakby się wydawało, cały czas nad tym pracujemy, jak tylko coś zadziała, to pierwszy będziesz o tym wiedział ;)

Wasze dwie pełne płyty „Wasted” i „Strong Ties” ukazały się nakładem wydawnictwa Zodiac Killer Records z USA. Jak do tego doszło? Czy poza szpanem, że macie wydawcę z Ameryki przekłada się to na lepszą rozpoznawalność zespołu poza Polską?

J: Nie ukrywamy, że ma to znaczenie za granicą, otwiera więcej kontaktów i docelowo materiał jest szerzej odsłuchiwany. Wiadomo, że trzeba do tego dołożyć własną pracę, ale Zodiac jest znaną marką w tym gatunku, głównie dzięki GG Alinowi, który w tym labelu się wydawał. GG zobowiązuje, ale uwierz mi, nie mam zamiaru jego stałych punktów programu wykorzystywać na scenie hehe. Historia wejścia do Zodiac Killer Records nie była jakaś wyjątkowa, napisaliśmy maila, wysłaliśmy materiał i w ciągu doby odpisał nam, że jest zainteresowany, nie zastanawialiśmy się zbyt długo… P:  Jest to jeszcze dla nas zastrzyk energii do dalszego rozwoju i zapierdalania. Nigdy nie myślałem, że będziemy mieli 2 płyty w labelu obok takich kapel jak Supersuckers, Electric Frankenstein, Antiseen czy Dwarves, ciężko się teraz rozjebać i sprzedać graty, żeby ten wkład poszedł na marne ;)

1660404_977757372298435_4429197820055659811_n

Czy przez to, że wydawca jest za oceanem nie wydaje się wam, że dystrybucja tych krążków trochę kuleje w Europie i w Polsce? Nie szukacie wydawcy bliżej?

J: Trafiłeś w sedno, ale myślę, ze tak czy owak w Polsce i tak by kulała, a jeżeli chodzi o europejską scenę, jeszcze jesteśmy za mało szwedzcy, żeby wbić się w dobry label. Załapanie się u dobrego wydawcy naprawdę jest wyzwaniem. Obecnie wygląda to tak, że wydawnictwa wydają maksymalnie 2 materiały w roku i to wszystko. Jeżeli zaplanowany jest jakiś gruby band, to po ptakach. Myślimy o Europie, małymi krokami do celu.

„Strong Ties” to jeszcze właściwie dosyć świeża sprawa ale wy już zdążyliście odwiedzić studio i zarejestrować nowe piosenki. Chodzą słuchy, że może dojść do pewnej warszawsko-krakowskiej kolaboracji. Uchylcie rąbka tajemnicy.

J: Tak jest, materiał zarejestrowany u Klimy w Mustachu. Klima w świetnej formie dodał nam rozpędu na tej szybkiej nagrywce. Tak, chyba to już żadna tajemnica, że razem z Bomb The World nagraliśmy wspólny materiał a z chłopakami nie łączy nas tylko muzyka, ale także wspólne koncerty, wódka i naprawdę bardzo się lubimy nawzajem. Poza tym  chłopaki grają najlepszego rock’n’rolla w tym kraju, więc dla nas to zaszczyt, że będziemy mieli wspólny materiał z BTW. Myślę, że wczesną jesienią płyta powinna się pojawić. P: Ten split to była tylko kwestia czasu, dodam jeszcze, że już klepiemy materiał na kolejną płytę, nie zwalniamy tempa :)

W naszym kraju pewne gatunki punk rocka, które są na przykład bardzo popularne u naszych zachodnich sąsiadów, takie jak pop punk czy właśnie punk’n’roll nie zdobyły szerszego uznania. Jak myślicie, dlaczego? Można w ogóle mówić o jakiejś punk’n’rollowej scenie w Polsce?

P: Ja to sobie tłumaczę tym, że mamy po prostu dziurę po poprzednim systemie, i większość rodziców dzieciaków zamiast słuchać vinyli z USA czy z Europy, słuchała zupełnie czegoś innego a skutki można wyraźnie zaobserwować jak Zenek wpada na wioskę :). Jeśli chodzi o scenę punk’n’rollową to myślę, że nie jest jeszcze tak źle, sporo kapel się rozwija i widzę u nich duży postęp z koncertu na koncert. Mam tu na myśli Headless Babies, Bombat Belus, Tiger Skull, Saint Hex. Są też jeszcze tacy wyjadacze jak The Stubs, Dizel i Bomb The Word. Ostatnio nawet The Cuffs po długiej przerwie się reaktywowało. Powstała kapela w Łodzi, The Shelbys, ale jeszcze nie widziałem ich na żywo. Jak ktoś coś ciekawego zna czego nie wymieniłem proszę, piszcie na fanpage punknrollers.pl.

W przeciągu kilku miesięcy umarli; Lemmy, Bowie i Prince. Płakaliście? Kto waszym zdaniem powinien być następny?

J: Kurwa jest tyle zespołów, które byśmy pochowali zanim zaczęli grać, ale kto by to czytał… Lemmy i Bowie byli wielcy i smutek był. Bowiego niestety nie udało nam się zobaczyć na żywcu, z Lemmym byliśmy pewni, że jeszcze zdążymy zagrać :), a tu proszę koleżka rządzi w piekle, Prince to nie nasza bajka…

P: Dla mnie oni nie umarli, oprócz Prince dalej słucham tych kolesi i mam wrażenie, że ciągle żyją.

10622903_721150981292410_3148056029025874694_n

OK, dzięki za wasz czas. Na końcu powiedzcie czego można się spodziewać po Poison Heart w najbliższym czasie oraz gdzie widzicie wasz zespół za 5 lat?

P: Teraz pracujemy nad materiałem na kolejną płytę i dopinamy koncerty i trasy. Na grudzień mamy już klepniętą kolejną trasę w Niemczech i parę gigów w kraju. Za 5 lat Warszawa będzie drugim Sztokholmem, a my będziemy grać dalej ;) Pozdro i dzięki!

J: Amen :)

Rozmawiał Wiktor Rykaczewski