MIGHTY SOUNDS 2016

Kolejny rok, kolejny czeski festiwal, kolejny raz trudno wyrazić zachwyt pod kątem atmosfery, ludzi, zespołów, miejsca, żarcia, nagłośnienia, designu i dbałości o każdy detal…

Untitled - 1

ORGANIZACJA I EKONOMIA

Pierwszym, co rzuca się w oczy po przyjeździe, jest świetnie zorganizowany parking. Około 10 osób dba o to, by wszystko poszło sprawnie. Do wyboru jest opcja tańsza (osobny parking i camping) i droższa (auto przy namiocie). Różnice w cenach parkingów / pól namiotowych są spore i zakładam, że pomagają obniżyć cenę biletu do 170 zł w przedsprzedaży. To cena za 3 dni festiwalu, gdzie na 4 scenach grają 102 kapele (pomijam wydarzenia z czterech namiotów imprezowych) daje to 1,67 zł za zespół. Wśród nich największe gwiazdy pokroju Perkele, gdzie za 1 koncert trzeba by sypnąć z 60 zeta…
Dość o kasie.. bilet na parking zastępuje zarąbista kolorowa nalepka Mighty Sounds na przednią szybę. Takich wizualnych smaczków jest całe mnóstwo. Festiwalowy kubek, za który wpłacić należy kaucję 50 koron (ok. 7 zł) zdobi efektowna, komiksowa grafa. Mało kto odda go przy wyjeździe. Festiwal posiada dziesiątki wzorów na stoisku z merchem. Są motywy z gwiezdnych wojen, punkowe, horrorowe, wszystko bardzo dopracowane. Do tego stopnia, że niemal każdy znajduje coś dla siebie ok. 1/3 uczestników biega w festiwalowych koszulkach, bo są po prostu dobre (i stanowią kolejny świetny sposób, by obniżyć cenę biletów).
Z organizacyjnych ciekawostek, pierwszy raz widziałem samochód z bankomatem. Prawdziwa zmora każdego, kto chciał ten wyjazd spędzić po kosztach, a dla osób, które czeskich festiwali nie znają – bezproblemowy dostęp do alkomatów przy wyjeździe. W Polsce tego nie widziałem, w Czechach to standard.

13775358_632705306891382_5886335125405947221_n

GŁÓWNE KAPELE

Okiem wielu, najlepszy koncert dali Bloodsucking Zombies from Outer Space. Teatralna choreografia i nieludzka energia bijąca od Austriaków dawała potężnego kopa. Genialny frontman z perkusją na przedzie nieodmiennie robi wrażenie, a jego wokal w połączeniu z muzą, która wymyka się klasyfikacji, to czysty zachwyt. Po gigu poleciałem po dwie koszulki i dwupłytowy winyl.
Drugim koncertem imprezy był dla mnie Goddamn Gallows, choć właściwie nie wiem czy można powiedzieć, że drugim. To totalnie inna muza, choć równie trudna do sklasyfikowania i tak samo energetyczna. Genialny wokal, różnorodność i autentyczność miksu bluegrassu, punka, rockabilly i szatana. Vinyl i płyta.
Niestety nie dotarliśmy na genialny ponoć koncert The Turbo A.C.’S, ale piątek był tak wyładowany rock’n rollem, że nie było kiedy rozbić namiotu. Za to udało się zdążyć na świetny koncert The Bones, co pozwoliło odhaczyć kolejną wielką markę z listy zespołów do zobaczenia przed śmiercią
The Meteors rozczarowali chyba wszystkich. Niestety, ale nie znajduję innego wytłumaczenia, jak tylko teoria, że Fenech znacznie lepiej czuje się w swoim warzywniaku, niż na scenie. Kiepski był dobór utworów, kiepskie było brzmienie, a kiedy spieprzyli „Rawhide”, poszliśmy w cholerę. Podobnym rozczarowaniem okazało się The Real McKenzies. Widziałem ich wcześniej i o zachwyt się nie otarłem, ale teraz Paulowi zwyczajnie wysiadło gardło i regularnie fałszuje.

Do pieca dowalili Peacocks, choć kapela nie wydaje się szczególnie agresywna. Należy do kategorii zespołów, które nie ryją bani pierwszym odsłuchem, ale pozwalają męczyć płytę do czasu, aż zaczyna się rysować. Nie dało się odpuścić vinyla, a był to słuszny wybór, bo krążek ma fantastyczne brzmienie. Podobne wrażenia sceniczne zapewniło Perkele, choć tu nie obyło się bez obiekcji. Frontman Szwedów, to prawdopodobnie jeden z bardziej zblazowanych wokalistów świata. Z drugiej strony, kapela sprawiała wrażenie, jakby na granie spotykała się raz w roku i nie do końca radziła sobie z koordynacją. Mimo to, nie było wielkiego zawodu. Tysiące gardeł śpiewających „Heart Full of Pride” sprawiły, że nawet na twarzy Rona pojawiło się coś, co przy niewielkiej dozie optymizmu można by uznać za namiastkę radości i dumy.

13654292_1012326785553861_2049754470672863120_n

NOWE DŹWIĘKI

Tym, co najlepsze z muzycznych doświadczeń na festiwalu, są zaskoczenia. Kapele, które słyszy się przypadkiem, a które nagle ścinają nas z nóg. Ja miałem takie dwa. Po pierwsze Cheers! ( http://bandzone.cz/cheers ), genialny czeski celtic punk ze skrzypcami i fletem. Wypadł znacznie lepiej, niż słynny Rumjacks, który nie miał połowy ich ikry i finezji. Drugą, miażdżącą kapelką był energiczny skate-punk czeskich komiksomaniaków – Krang (dla mniej komiksowych, to ten różowy mózgo-stwór z Żółwi Ninja). Młode chłopaki zrobiły niesamowite show zbliżając się do granic radosnego punk rocka z melodyjnym wokalem i dynamiczną gitarą.
Trudno nie wspomnieć o Rocket Dogz, którzy dla mnie zaskoczeniem już nie byli, ale dla wielu owszem, ponieważ zespół niesamowicie się wyrobił. Kilka lat temu ciężkostrawny, dziś po prostu oszałamia. Wokal ma ponoć spory wpływ na organizację, a zwłaszcza wizualną warstwę imprezy. Czeska petarda psychobilly i jak dla mnie godny następca legendarnych Flaming Cocks. Razem z Green Monster i Queens of Everything godnie reprezentują czeską scenę.

13874824_1013024888817384_502596855_n

POGODA I PRZESZKODY

W parasole, kurtki i inne takie byliśmy uzbrojeni po zęby. Lać miało równo cały fest. Finalnie, skończyło się na jednej ulewie, która wycięła nam pokaźną część soboty. Poza tym było jak zwykle, czyli przez całą imprezę konkretny upał, a najprzyjemniej robiło się w okolicach 17:00. Niestety, podczas ulewy nie wpuszczono nas z parasolem na imprezę, więc poszliśmy do namiotu i też było dobrze.
Jedyną rzeczą, jaka wkurzyła nas na festiwalu był namiot Meet the Giants. Była to w sumie wielka reklama papierosów, a jednak chcieliśmy sprawdzić, co mają do zaoferowania. Przy każdej atrakcji, informowano, że nie jest ona dla nas, bo nie palimy. Przy Oculus Rifcie usłyszałem także, że jest tylko dla Czechów (!).

13680943_1012326465553893_8915047332545980094_n

ŻARCIE I PIWO

Tym, co stanowi spory problem na innym czeskim feście, Pod Parou, jest żarcie. Mamy tam białe budy, w których za niebotyczne pieniądze dostać można parówki z wody, pieczarki w cieście, a najdłuższe kolejki ustawiają się po skąpą karkóweczkę z chlebem. Na Mighty spróbować można niemal wszystkiego. Są punkowe burgery (osobne punkty z mięsem i vege), są tanie opcje z chińskimi makaronami, kołacze, owoce morza, efektowny, topiony ser z połówki kręgu, są zupy, soki, napoje na bazie wyciągu z zielonej herbaty czy drinki ze smoczego owocu lub kokosy z rumem (na focie). Piwo na festiwalu kosztuje 35-40 koron (niecałe 6-7 zł) i jak przystało na czeski browar jest słabe ( co mi akurat nie przeszkadza w upale ), a do tego zimne i pieniste. Spragnieni mocy i ekonomicznej satysfakcji mogą np. kupić sobie rum za 14 zł w pobliskim Kauflandzie i walić go z festiwalowego kubka, z którym bez problemu wejdą na teren festu.

Dobrą opcją dla wtajemniczonych jest też knajpa na ulicy Warszawskiej, gdzie znaleźć można piwko za pół festiwalowej ceny, osłonę przed słońcem / deszczem w godzinach szczytu i ogromne porcje pysznego jedzenia w cenach ok. 14 zł. Kto bywa na festiwalach, ten wie, że dobrze też móc skorzystać z normalnej łazienki.

13627026_1137050536316797_4525371738468004983_n

fot. https://www.facebook.com/mightysounds/

THE END

Z Taboru wyjeżdżaliśmy zmęczeni, spieczeni, przemoknięci i szczęśliwi. Oprócz wspomnianego merczu w bagażniku jedzie płyta Mad Sin (bo mieli być, a nie byli), Nitro17 (ciekawy horrorpunk zdobyty za 3 euro) i vinyl The Independents (twórców scary ska, kapeli, którą przed śmiercią opiekował się Joey Ramone) oraz zapas słodowych napoi. Czeskie festiwale, to dla mnie nieodmiennie najpiękniejsze dni w roku.

Józek Śliwiński