WHITE CROSSES – s/t
DIY 2015

Recenzja z serii lepiej późno niż wcale. Jeśli śledzicie nasz facebookowy profil to na pewno zauważyliście, że utwory z zeszłorocznej epki White Crosses dosyć często lądują na wallu. Muzyka grana przez warszawiaków przypadła mi do gustu od chwili gdy znalazłem informacje o nich na profilu studia Mustache Ministry, a że płyta w postaci fizycznej trafiła w moje ręce dopiero teraz postanowiłem napisać o niej kilka słów.

White Crosses to kwartet poruszający się w rejonach gitarowego indie rocka nie pozbawionego jednak punkowego pazura i lekko emowej melancholii. Muzyka jest na wskroś amerykańska i może się kojarzyć z dokonaniami The Gaslight Anthem, Jawbreaker, Against Me!, Menzingers, The Scandals czy Iron Chick. Nie jestem jakimś turbo fanem takich brzmień, na dłuższą metę są dla mnie trochę nużące, ale dźwięki tworzone przez tych chłopaków wchodzą mi elegancko. Nie bez znaczenie jest pewnie fakt, że debiut to trwająca nieco ponad kwadrans pięcio-utworowa epka, więc znudzić nie ma kiedy.

Przynajmniej jeden z utworów na płycie to murowany hit („Old Man’s Dinner”), który spokojnie mógł by lecieć w radio, oczywiście pod warunkiem, że polskie stacje radiowe nie były by tak bez sensu przepełnione chłamem jak obecnie. Reszta kawałków, mimo iż nie wybija się tak od razu przebojowością również stawia zespół w dobrym świetle. Słychać, że ci goście mają zarówno pomysł na swoją muzykę jak i możliwości by wykonywać ją na wysokim poziomie. Gitary grają fajne, ładne melodie i dobrze się uzupełniają. Sekcja raczej z tych nie wybijających się i budujących bazę pod plan gitar. Nad wszystkim góruje niezły wokal Konrada, który mimo, że dobrze pasuje do muzyki to moim zdaniem pasował by jeszcze lepiej okraszany lekką chrypą, no ale do tego to potrzebna jest solidna kuracja alkoholowo-tytoniowa, więc upierać się nie będę. Poza niezłą barwą głosu na plus zaliczyć należy solidny akcent, dzięki czemu nie słychać, że to środkowo europejski zespół.

Bardzo udany jest ten debiut i mam nadzieję, że zespół zdobędzie należną mu atencję i to mimo tego, że przyszło mu funkcjonować w kraju gdzie jedyny koncert Gaslight Anthem nie był wyprzedany a każdy co bardziej melodyjny punk rock wrzucany jest do szuflady „taka tam kalifornia”. Nadmienię jeszcze na koniec, że mniej więcej w chwili gdy publikuję tę spóźnioną recenzję swoją premierę ma nowa epka White Crosses pt. „Anchorless” wydana przez brytyjską wytwórnię Engineer Records, ale o tym niebawem.

Wiktor Rykaczewski