KOMINTERN SECT – D’Une Même Voix
Contra Records 2016

Przyznam się bez bicia, nowa płyta Komintern Sect była chyba najbardziej wyczekiwanym przeze mnie wydawnictwem ostatnich miesięcy. Zawsze czułem miętę do tego zespołu jaki i właściwie całej francuskiej sceny lat 80′. Te wszystkie bandy z Komintern Sect, Camera Silens, Reich Orgasam czy Trotskids na czele miały w sobie coś wyjątkowego, brzmiały zupełnie inaczej niż ich brytyjscy czy amerykańscy koledzy. Francuzi z łatwością łączyli surowość brzmienia ze specyficzną melodyką, która łapała za serce. Nie bez znaczenia było na pewno to, że wszystkie te zespoły śpiewały we własnym języku dzięki czemu ta wyjątkowość była jeszcze bardziej wyrazista.

Komintern Sect powrócili dwa lata temu za sprawą młodszych kolegów z Lion’s Law, którzy tchnęli nowy wiatr w żagle starej łajby. Zespół szybko zdobył spore zainteresowania grając masę koncertów w całej Europie a także poza nią, więc naturalnie nasuwało się pytanie czy jest to powrót tylko po to żeby pograć sobie gigi w fajnych miejscach czy też może spróbować po latach nagrać coś nowego. Jak się okazało ekipa dowodzona przez Carla Jahier wybrała trudniejszą drogę i w 30 lat po ostatnim swoim wydawnictwie uraczyła nas nowym krążkiem. Tego typu sytuacje nastręczają zazwyczaj wiele wątpliwości i obaw o jakość finalnego produktu – zbyt wiele było już w historii punk rocka zespołów, których powroty po latach okazały się mieszanką wybujałego ego i żenady z chujową muzyką w tle. Na szczęście Komintern Sect nie podążyli tą drogą przegranych starców i ich nowa płyta spełnia, przynajmniej moje, oczekiwania w 100%!

Zespół podszedł trochę zachowawczo do swojego nowego dzieła i wypuścił sześcioutworowy mini album zamiast pełnego longplaya – trochę jak by badając pole, czy nowe nagrania okażą się godne kultowych poprzedników sprzed 30 z hakiem lat. Zupełnie nie potrzebnie moim zdaniem.
Od pierwszych dźwięków słychać, że mamy do czynienia z Komintern Sect. Zupełnie nie zmienia tego odmłodzony skład ani współczesne brzmienie, które oczywiście nie jest już tak surowe i garażowe jak na starych płytach.
Poza brzmieniem właściwie nie ma nowości. Dostajemy wszystko to z czego Komintern był znany lata temu. Melodyjne i czasem mocno melancholijne punk rockowe kawałki, z francuskimi tekstami, masą chórków i tym specyficznym klimatem kapel z kraju Louisa de Funes. Wszystko jest na swoim miejscu i brzmi jak by ten zespół nie miał żadnej liczonej w długich latach przerwy w  graniu.
Świetną robotę robi świeża krew w zespole czyli Louis, który już w swoim macierzystym zespole, Lion’s Law, udowodnił, że jest bardzo sprawnym gitarzystą.  Tutaj dogrywa sporo smaczków, melodii i solówek, które dopieszczają całokształt kawałków i świetnie komponują się z przemyślanymi liniami wokali, które z kolei podbijane są spora ilością chóralnych zaśpiewów. Wszystko to tworzy doskonałą mieszankę i wzorcowy wręcz przykład francuskiej szkoły oi! punka.
Naprawdę nie spodziewałem się, że ta płyta będzie aż tak dobra. Mam ją od kilku dni i zdążyłem ją już przesłuchać niezliczoną ilość razy, zazwyczaj odtwarzając ją 2-3 razy z rzędu, i do tej pory mi się nie znudziła. Jestem pod wrażeniem!

Powrót Komintern Sect okazał się być strzałem w dziesiątkę i przykładem, że po wielu latach można nagrać doskonałą płytę i pozostać autentycznym w tym co się robi. Zresztą ta reaktywacja dała chyba kopa innym weteranom, gdyż dziś na stronie Contra Records wyczytałem, że nowy materiał szykuje inna skamielina francuskiego punk rocka – R.A.S. Kto wie zresztą czy szósty indeks na mini albumie KS, który jest coverem Camera Silens z gościnnym udziałem oryginalnego wokalisty grupy – Benoit, nie zwiastuje powrotu i tej legendy.

Mam nadzieję, że „D’Une meme voix” nie będzie ostatnim słowem zespołu i za jakiś grupa zaatakuje jakimś longplayem. Udowodnili już, że mogą wyjść zwycięsko z konfrontacji z własną legendą, więc chyba nic nie stoi na przeszkodzie. Vive la Komintern Sect!

Wiktor Rykaczewski