BULBULATORS – Inter Punk
Lou & Rocked Boys 2015

Śląscy weterani punk 77 nie rozpieszczają swoich fanów. Na nową płytę trzeba było czekać aż pięć długich lat. Czy było warto? No, pewnie! Bulbulators to marka sama w sobie, słabych rzeczy nie wypuszczają, choć tym razem załoga nie uniknęła jednego, niezbyt dużego, ale jednak potknięcia. Ale od początku.

Na „Inter punk” znajduje się tuzin nowych kawałków, wliczając w to cover gliwickiej Śmierci Klinicznej „Nienormalny świat” w którym to sam autor utworu, Darek Dusza, dograł gościnnie solówkę gitarową. Chłopaki zmienili ten stary reggaeowo-cudaczny kawałek w zgrabnego punk rocka we własnym stylu, co wyszło zdecydowanie na dobre zakurzonemu klasykowi i tchnęło w niego nowe życie.

Jeśli chodzi o autorskie kompozycje zespół trzyma wysoki poziom i nie rozczarowuje serwując energetycznego punk rocka osadzonego w muzycznych kanonach z 1977 roku ale brzmiącego współcześnie i świeżo. Z jednej strony kawałki mogą przywodzić na myśl aktualne produkcje brytyjskich klasyków w stylu 999, The Lurkers czy The Vibrators a z drugiej słychać tu sporą inspirację późnymi Ramonesami. Pomimo tych skojarzeń nie pokusił bym się o stwierdzenie, że inspiracje w przypadku Bulbulators przekładają się na ordynarną zrzynkę z powyższych artystów. Nic z tych rzeczy, ślązacy to już bardzo doświadczony i dojrzały ansambl i dawno wypracowali swój charakterystyczny i rozpoznawalny styl traktując klasyczne punkowe wpływy jako punkt wyjścia do tworzenia swojej własnej muzyki.

Płytę otwiera niezły i przebojowy kawałek, z trochę Analogsowym tekstem („Sprzedając miłość żyła/ W luksusach pławiąc się…”), „Oskarżam cię”.
Kolejny indeks to jeden z najjaśniejszych punktów na tym albumie – prawdziwy i gorzki obraz naszego kraju w motorycznym i smutnym zarazem „Banana Republic of Poland”.
Kolejny mój faworyt na płycie to tytułowy „Inter punk” – kawałek mówiący o ponadnarodowym charakterze punk rocka , dzięki któremu osoby z różnych kręgów kulturowych bez problemu znajdują wspólny język. W utworze pojawia się dwóch gości, Laurent z Charge 69 oraz punkowy bard Wayne Lost Soul z Wielkiej Brytanii, którzy zaśpiewali w swoich ojczystych językach po jednej zwrotce. Bardzo fajny patent, który sprawdził się w 100%. Co ciekawe powstało kilka wersji tej piosenki z innymi gośćmi. Jedna z nich jest dołączona jako bonus na limitowanym wydaniu CD (niestety mam tylko regularne) a druga ma się pojawić na winylowej wersji albumu.
Inny wyróżniający się kawałek to mocny „16 XII 81″ będący hołdem dla ofiar krwawych pacyfikacji Kopalni „Wujek” oraz „Manifest Lipcowy” z 1981 roku. Konkretny punkowy, antyautorytarny i pokazujący przywiązanie zespołu do śląsko-robotniczych korzeni cios.
Bardzo fajny jest też utwór „Toxic love” z refrenem, który po pierwszym przesłuchaniu zadomawia się w głowie i nie chce jej opuścić.

Reszta kompozycji trzyma poziom. Generalnie płyta ma dosyć smutny i melancholijny charakter. Nie ma na niej zbyt wielu wesołych riffów jest raczej poważnie i gorzko a momentami nawet depresyjnie – „Chandra” i „Weltschmerz” dosadnie mówią o zmaganiu się z własnymi demonami i bólem istnienia. Wyjątkiem są może lekko infantylny „Telewizor” i punk’n’rollowy „Bulbus” – kawałek, który pojawił się już wcześniej na składance „Za krótko! Za szybko!”. Tutaj w rozbudowanej, dłuższej wersji.

To teraz o tym potknięciu o którym wspomniałem na początku recenzji. Wydaje mi się, że trochę słabiej niż na ostatnich płytach wypada warstwa liryczna. Teksty nie są złe, ale mam wrażenie, że mogły by być trochę bardziej dopracowane warsztatowo. I nie chodzi mi nawet o ten nieszczęsny telewizor, który Iglak wyjebuje przez okno, tylko o pewne niedoszlifowanie całości. Nie przeszkadza to szczególnie w odbiorze płyty, ale z rozmów ze znajomymi, którzy słuchali już najnowszego wydawnictwa Bulbulators wynika, iż również to wahanie formy pisarskiej zauważyli.

Kawał świetnej i ciężkiej roboty wykonał Michał Arkusiński tradycyjnie odpowiedzialny za oprawę graficzną wydawnictw Bulbulators. Tym razem okładka i wszystkie grafiki ilustrujące utwory we wkładce zostały stworzone przy pomocy starannie wyciętych szablonów i jako punkowe graffiti naniesione na ścianę a dopiero potem sfotografowane. Efekt finalny wygląda super a nakład pracy budzi szczery szacunek!

Bulbulators to zespół po przejściach, dwóch byłych członków imprezuje już w niebiańskim CBGB’s razem z Lemmym, Ramonesami i Strummerem, lecz mimo to i ponad ćwierćwiecza na karku cały czas prze do przodu i to co robi, robi w najlepszy możliwy sposób. Zresztą nasunęła mi się taka analogia, że są oni trochę jak stary 25 letni Mercedes. Gdzieniegdzie może pojawiają się małe ogniska rdzy, kilka części odmówiło posłuszeństwa i musiało być wymienione na nowe ale pomimo tego i tak jeśli chodzi o niezawodność, solidność wykonania i komfort jazdy kasuje on dużo młodsze, seryjnie produkowane i przepełnione tanim plastikiem samochody. Taka jest też ostatnia produkcja zespołu. Nie pozbawiona małych wad, ale przy tym bardzo dobra, dojrzała i dorosła.

Wiktor Rykaczewski

PS
Gdzie jest łacińska sentencja jako tytuł płyty i cover jakiegoś klasyka polskiego bigbitu? Myślałem, że to już tradycja ;).