SONNY VINCENT & SPITE – Spiteful CD
Still Unbeatable 2014

Kojarzycie Sonnyego Vincenta? Przyznam się bez bicia, że dla mnie do tej pory była to szerzej nieznana postać. Krótki internetowy research wykazał, iż jest to osoba, która siedzi w punk rocku dłużej niż ja chodzę po tym świecie. Jego pierwszy zespół The Testors powstał w 1975 roku w Nowym Yorku – nagrał kilka demówek i singla, pobrylował w CBGB’s zagrał trasę z Dead Boys i rozpadł się w 1980 roku. Sonny jednak nie odłożył gitary do szafy i cały czas do dnia dzisiejszego jest aktywnym i bardzo płodnym muzykiem. Dyskografia jego solowych albumów, projektów, różnych zespołów z którymi grał jest przepastna a sprawdzenie jej zajęło by chyba ze dwa tygodnie. Naprawdę imponujące.

Sonny Vincent & Spite to jego ostatni, studyjny projekt. Impulsem do nagrania tych kilkunastu piosenek stało się otwarcie analogowego studia nagrań, używającego tylko i wyłącznie sprzętu z lat ’50 i ’60, przez jego znajomych z Belgii, którzy zaprosili Sonny’ego do przetestowania możliwości zbieranej przez nich latami aparatury. Podstarzałego amerykańskiego punkowca nie trzeba było prosić dwa razy. Co więcej, przemienił on próbną sesję w nagranie pełnoprawnego albumu zapraszając kilku starych kumpli do udziału w przedsięwzięciu. Za perkusją usiadł Rat Scabies z The Damned, bas przejął Glen Matlock z Sex Pistols a w saksofon dął Steve Mackay z The Stoogies. Niezgorsza kompania, prawda?

Waga nazwisk pojawiających się na płycie sugeruje, że nie będzie popeliny, choć z drugiej strony starzy punkowcy czasem potrafią wyprodukować asłuchalne kasztany. Tu na szczęście nie ma skuchy. Sonny z załoga nagrał klasyczną punkową płytę głęboko osadzoną w tradycji brzmienia z 1977 roku, która mimo iż nagrana została w Europie a dwóch muzyków to rodowici brytole, brzmi na wskroś nowojorsko. Słuchając „Spiteful” z zamkniętymi oczami nie trudno sobie wyobrazić obleśne i cuchnące wnętrze CBGB’s wypełnione zbieraniną naćpanych artystów i uliczników tworzących punkową bohemę Nowego Yorku końca lat ’70. Wiarygodności dodaje analogowe, brudne brzmienie dzięki któremu bez trudu można by wkręcić kilku kolegów by uwierzyli, że te nagrania pochodzą z 1976 roku a nie są produkcją z XXI wieku.

Sonny to stary wyjadacz i doskonale wie, że punkowe kawałki nie powinny nudzić, dlatego pewnie żaden z 14 utworów nie przekracza długości trzech minut a i zdarza się całkiem sporo niespełna dwuminutowych strzałów. Klimat utworów jest raczej smutny i nawet gdy zespół podkręca tempo jak np. w kawałkach „Wait”, „Macon” czy „Bad Superstition” to w powietrzu unosi się lekki klimat melancholii. Sporo pojawia się też delikatniejszych, pół-akustycznych gitar które mogą przywodzić dalekie skojarzenia z Velvet Undergroud. Zresztą jeden z takich kawałków – „Clouds” rozpoczynający się depresyjną frazą „Never gonna be alright/ it’s never gonna be OK/ It’s never gonna work out good/ It’s never gonna be like it could„, jest moim ulubionym na płycie.
Saksofon Mckay’a oraz rock’n’rollowe zagrywki gitarowe Sonny’ego wprowadzają fajny proto-punkowy klimat pokazując, że punk rock nie wziął się z nikąd i jak każdy muzyczny gatunek ewoluował z tego co było przed nim.

„Spiteful” to bardzo udana produkcja. Klimatyczna i stylowa. Złośliwi mogli by ten zespół nazwać co prawda grupą rekonstrukcyjną ale właściwie to co z tego. Cały punk rock obecnie tak wygląda, tu aktorzy przynajmniej odgrywają samych siebie, tylko z przed 40 lat. Jestem przekonany, że płyta przypadnie do gustu wszystkim lubującym się w punkowych i proto-punkowych wykopaliskach a już w szczególności tym, którzy na samo brzmienie nazw Dead Boys, The Heartbreakers czy The Voidoids dostają drgawek podniecenia.

Wiktor Rykaczewski