The Lunatics „Czwarta rano” CD
Fonografika 2014

Kapela gra już wiele lat, dorobiła się własnego stylu który oscyluje gdzieś między punkiem 77 a popunkiem i myślę, że nie trzeba jej przedstawiać.
Po ostatniej, znakomitej płycie Lunaticsów przeczuwałem najgorsze: zespół oszołomiony sukcesem rzuci się na oślep w wir najdziwniejszych inspiracji. Zamiast nagrywać dobre piosenki zajmie się eksploracją cudacznych prądów, które spenetrują ich twórczość do tego stopnia, że z półki „punk” wylądują w przegródce „wynalazki”. Fascynacje jazzem i ska da się wybaczyć póki uprawiasz te zboczenia sam i nie angażujesz dzieci, ale rozcieńczanie nimi dobrego grania drażni nawet mniej ortodoksyjne uszy niż moje. Na szczęście udało im się wyważyć proporcje, choć regularnego punk rocka wiele się tu nie ostało. Płyta rozkręca się niemrawo, wdzięki odsłania opornie i bywa wymagająca. Dla miłośników muzyki typu „zwrotka-refren” może się wręcz okazać za trudna.

„Czwarta rano” podzielona jest na części tematyczne poświęcone m.in. dźwiękom, ludziom, miejscom. Przyznam, że podoba mi się ten zabieg kompozycyjny. Dzięki temu np. wszystkie kawałki o relacjach damsko-męskich zajmują sąsiednie ścieżki i… łatwo je przełączyć! Utwory najbliższe punkowej stylistyce akurat nie zapadły mi w pamięć, ale na szczęście są tu prawdziwe perły, choć nieoparte na oczywistych kompozycjach, zagrywkach i raczej odległe od schematów. Hicior albumu „Do samego końca”, zaczyna się jakby pokraczną tonacją i rytmiką, ale gwarantuję że zanucicie go potem sto razy. Usłyszawszy go pierwszy raz na żywo zapamiętałem ze cztery genialne fragmenty tekstu, których jest tam więcej. Doskonale reaggujące „Miasto wymarłe” rozwija ciekawy wątek bliski etnicznym warszawiakom, który autor tekstu zaznaczył kiedyś w innym swoim projekcie, Lovelot. Najsmutniejszy, balladowy utwór na płycie śpiewa śmietankowym głosem kobieta i byłoby to dno depresji gdyby nie fakt, że ostatni na krążku indeks jest jeszcze smutniejszy.
Nie mogę nie wspomnieć o doskonałych tekstach, w których kapela nie ma sobie równych. Ze smakiem skomponowane frazy sui generis, inteligentne, błyskotliwe z nieodzowną szczyptą humoru, choć raczej cynicznie zgryźliwego niż wesołkowatego. Nic dla fanów polskich kabaretów, seriali i Masłoskiej. Na przekór luzackiemu rockandrolowi przełamanego pozornie niedbałymi aranżacjami teksty potrafią „zryć banię” jakbym napisał, gdybym dopiero co opuścił mury gimnazjum.
Muszę przyznać, że zakochałem się w tym krążku. Trochę słabo, że zajęło to kilkadziesiąt przesłuchań, ale jeśli jesteście wytrwali, zostaniecie nagrodzeni.
Dodaję punkt za okładkę, która gdyby nie skażenie przeciętną typografią byłaby naprawdę mistrzowska, bliska najlepszym dziełom z polskiej szkoły plakatu.

Stan.