RAZORBLADE – My name is vengeance CD
Rebellion 2014

Siódmy album w dorobku tych holenderskich skinów nie przynosi nic nowego. Razorblade od początku do końca wierni są stylistyce surowego, ciężkiego i niezbyt wyszukanego oi!-a, którą wybrali lata temu.

Nową płytę otwierają śpiewający templariusze wprowadzający średniowieczny klimat co nieźle koresponduje z tematyką części zawartych na krążku utworów. Pojawia się w nich kilka bitew, jest mowa o zemście, chwale i zwycięstwie. Jeśli zatem będąc dziećmi marzyliście by zostać rycerzami to wam się spodoba. Dla mnie jest ok.

Jak już wspomniałem Razorblade gra dosyć ciężko i topornie ale całości słucha się nad wyraz dobrze. Gitarzyści potrafią co prawda czasem skręcić lekko w stronę metalowych riffów („Feel the rage”) czy nawet viking rockowych melodii (tytułowy „My name is vengeance”)ale przegięć na szczęście nie ma. W tych minimalnie bardziej melodyjnych momentach („Never fade away” czy „Dayly grind”) zespół brzmi niczym Condemned 84 na sterydach.

Nad muzyką góruje potężny wokal Woutera, który ma chyba tarkę w gardle bo chrypa jest konkretna. Może i jego wokalizy są trochę monotonne i w każdym kawałku wydaje się brzmieć podobnie ale jednak dobrze to koresponduje z brutalnymi dźwiękami tworzonymi przez resztę kapeli.

W kategorii ciężkiego oi-a jest to ekstraklasa, choć na pewno nie każdemu ten zespół przypadnie do gustu. Mnie się podoba. Szkoda tylko, że „My name is vengeance” to ostatni duży album grupy gdyż z początkiem 2015 roku zespół zawiesił działalność. Parafrazując słowa jednego z politycznych chujków -„liczy się jak mężczyzna kończy a nie zaczyna”. Trzeba przyznać, że Razorblade zakończyli z pierdolnięciem.

Wiktor Rykaczewski