Wywiad pierwotnie ukazał się w piątym numerze fanzina Dead Press w 2012 roku.

 

Mister X to od 10 lat okręt flagowy białoruskiego street punka. Dzięki wielu koncertom w naszym kraju, a także wydanej nie tak dawno temu przez No Pasaran płycie, są oni doskonale znani polskim załogantom. Na czele grupy stoi Igor Bancer, z jednej strony wydziarany „łysy punk” a z drugiej działacz Związku Polaków na Białorusi, który odpowiedział na kilka moich pytań o zespół, swoją działalność w ZPB i sytuację na Białorusi.

 

Cześć Igor. Mister X to dosyć znana w Polsce załoga, niemniej jednak chciał bym abyś powiedział kilka słów na temat historii zespołu. Jak to się wszystko zaczęło, kto był inicjatorem założenia kapelii jak zespół rozwijał się do dnia dzisiejszego?

– Cześć! Co dotyczy twego pytania, to mogę powiedzieć, że początki kapeli były banalne – zebrało się dwóch kumpli, którzy chcieli grać muzykę Oi! – ja oraz Boris, który grał na gitarze. Po krótkim okresie poszukiwania, dokooptowaliśmy do składu perkusistę oraz basistę. Zaczęliśmy próby. Był to rok 2002… No… Bardzo chcieliśmy grać, choć, nie powiem, że za dobrze nam to wychodziło. No ale teraz mamy za oknem 2012 r., a zespół nadal istnieje. I to uważam za największy sukces kapeli. Zaliczyliśmy kilka wpadek po drodze, oczywiście nie mogło się obyć bez zmian w składzie, spierdoliliśmy kilka zajebistych okazji, ale mimo wszystko nagraliśmy parę kawałków, które przypadły ludziom do gustu, zagraliśmy kilka na prawdę dobrych koncertów, m.in. u boku the Oppressed czy the Business, więc generalnie nie można narzekać. We’re still alive and kickin’!!!

Czy byliście pierwszy oi/punkowym zespołem na Białorusi, czy może ktoś grał przed wami ten rodzaj punk rocka?

– Byliśmy pierwszą kapelą Oi! na Białorusi i jestem z tego dumny.

Jak w ogóle trafiliście do punk rocka?

Dobre pytanie, heheh… Nie wiem co mam ci na to odpowiedzieć… Serio… Nie wiem od czego to zależy, od rodziców, wychowania, znajomych, środowiska, szkoły, doświadczeń życiowych, na prawdę nie wiem… Generalnie jesteśmy częścią sceny punkowej na Białorusi i tylko to się liczy. Mniejsza o to, kto co robił jak miał 5 lat. Na pewno wszyscy bawiliśmy się w piaskownicy i chodziliśmy do Zoo! To jedno, co mogę powiedzieć na pewno!

10518639_400860450080406_832012816826358161_n

Mimo, iż Mister X istniej już prawie 10 lat to jednak wasz dorobek płytowy jest raczej skromny – epka i wydany niedawno album. Dlaczego tak mało?

– Mieliśmy jeszcze po drodze jakieś kawałki, które nigdy nie zostały wydane, ale w Internecie można je znaleźć. Były jeszcze jakieś składaki, kilka coverów nagraliśmy. Generalnie się z tobą zgodzę, że mało. A dlaczego? Myślę sobie, że tutaj chodzi o to, że jesteśmy prawdziwi, wiesz… Tzn., nie robimy nic na mus, nie mamy jakichś aspiracji, żeby zostać gwiazdami rock-and-rolla czy wystąpić w telewizji. No i z tego to wynika… Wyszło nam tyle płyt, no i dobrze. Nie mamy kontraktu z jakąś wytwórnią, nie musimy wydawać płytę co dwa lata. Więc się bawimy, robimy to w końcu dla siebie, dla własnej przyjemności… Na pewno nie bez znaczenia jest fakt, że jesteśmy BARDZO niezorganizowani i dopiero w ostatnich latach jakoś udało się nam w końcu poukładać wszystko do jednej kupy – praca, rodzina, hobby, granie w zespole. Na początku kariery nie było mowy o jakimś planowaniu czy myśleniu przyszłościowym, chodziło tylko o muzykę Oi!, alkohol i dobrą zabawę… Zresztą do dzisiaj dobrze się bawimy, grając Oi!, ale alkoholu jest w chwili obecnej w tym wszystkim coraz mniej…

Płyta „Anti…” powstawał bardzo długo i nie bez problemów. Mógłbyś przybliżyć kulisy tych perturbacji?

– Nie chciałbym do tego wracać, bo to było bardzo stresujące. W pewnym momencie, gdy robiliśmy TRZECIE podejście do nagrania płyty, powiedziałem sobie, że jeśli tym razem się nie uda, to wtedy definitywnie zamykam ten rozdział swego życia, zwany MISTER X. Nie wyobrażasz sobie jak to było męczące, jak napięta i nerwowa była atmosfera! Płyta jest słaba technicznie, ma sporo braków, ale mimo to jesteśmy zadowoleni, że przebrnęliśmy przez to i możemy robić jakieś nowe kawałki, grać koncerty, bo muzyka powinna dawać satysfakcję, a wtedy, kiedy męczyliśmy się z „Anti…” to tego nie było. Nie chcę wracać do tego tematu…

Jak oceniasz efekt finalny. Jesteś zadowolony z tej płyty? Jak jest przyjmowana przez waszych słuchaczy?

Jak powiedziałem z płyty nie jestem ani ja ani reszta zespołu zadowolona, ale w takich warunkach w jakich powstawała uważam, że dokonaliśmy czynu bohaterskiego, że ta płyta w końcu ujrzała światło dzienne. Dlatego ogółem mówiąc cieszy nas, że płyta jest. Co do odbioru, to tutaj nie mogło być inaczej niż dobrze oraz bardzo dobrze. Gramy tak jak gramy, nie zabiegamy o nowych słuchaczy, więc ten, komu się podoba nasza muza, będzie jej słuchał nadal – nie ważne gorszy czy lepszy album wydaliśmy. Co do tych, którym nie podoba się to, co robimy, to ich zdanie nas nie obchodzi. Koniec kropka.

Z Mister X’em dosyć często gracie poza granicami Białorusi, w tym w Polsce. Jak jesteście przyjmowani przez publiczność na tych wyjazdach? Gdzie wam się gra najlepiej?

– Wszędzie jest dobrze, bo zawsze znajdzie się kilka osób, którym będzie się chciało bawić przy dźwiękach naszej muzyki, nawet jeśli reszta towarzystwa woli stać z kamiennymi twarzami nie dając oznak życia. Jednak w Rosji czy na Białorusi gra się nam zdecydowanie najlepiej, co jest oczywiste, gdyż śpiewamy w języku rosyjskim i odbiór naszej twórczości jest w tych krajach, gdzie ludzie rozmawiają po rosyjsku o wiele lepszy. Ale generalnie nie narzekamy, dobrze się bawimy i tylko to się liczy.

Dostrzegasz jakieś różnice pomiędzy graniem na Białorusi a zagranicą?

– Nie sądzę, że są jakieś straszne różnice. Chodzi raczej o to, że inny kraj, to inny kraj i jak przyjeżdżasz do Polski czy Czech, to zawsze znajdziesz coś ciekawego, jakichś nowych znajomych, w końcu można sobie pooglądać zabytki. To od strony turystycznej tak wygląda. Co zaś do grania, to schemat od ponad 30 lat jest ten sam, i jest to schemat uniwersalny, który funkcjonuje na całym świecie – od Ameryki po Japonię: gary, gitary, kapela, publiczność – i zapierdalać!!!

 

11547_409813032518481_2854552325315480804_n

Jesteście zakumplowani z chłopakami z The Headhunters: graliście razem trasę, pojawiłeś się gościnnie na ich ostatniej płycie, wydaliście ich płytę w Street Beat Records. Jak doszło do tej współpracy? Co myślisz o tym zespole?

– Znamy się z Tomanem od paru lat. Co jakiś czas pomagamy sobie nawzajem w sprawach muzycznych, więc wszystko co dotyczy współpracy na tej płaszczyźnie jest rzeczą naturalną. Myślę, że nie poprzestaniemy na tym, czego dokonaliśmy i jeszcze kilka jakichś wspólnych projektów zrealizujemy. Jesteśmy w andergrandzie, więc trzeba się wspierać na wzajem. To jest konstruktywne podejście do punk-rocka. Generalnie chłopaki z the Headhunters są okay, więc korzystając z okazji przekazuję pozdrowienia dla nich! Myślę, że zagramy jeszcze parę wspólnych koncertów.

Powiedz kilka słów na temat działalności Street Beat Records.

W ostatnich latach skupiamy się na robieniu koncertów, gdyż z wydawaniem płyt jest słabo – mp3 rządzi światem! Kilka razy przymierzaliśmy się do wydania płyt, ale ostatecznie i tak trzeba było zrezygnować z powodu braku kasy. Więc robimy koncerty, gdyż finansowo jest to najmniejsza wtopa i więcej satysfakcji. Poza tym fajnie jest popatrzeć, jak dzieciaki się dobrze bawią na takim punkowym czy hardcore-owym koncercie.

Na koncertach gracie kilka coverów, w tym utwór Los Fastidios. Co sądzisz o tym zespole i jego skrajnie lewicowej postawie?

– Gramy kilka coverów. W tym Los Fastidios. W połowie lat 90. ubiegłego stulecia zespół ten wywarł duży wpływ na post-radziecką scenę skinheads, więc należy im się za to szacunek. Poza tym ich pierwsze albumy nie były „polityczne”, a były to zajebiste płyty muzyki Oi! Obecnie nie śledzę tego, co robią, gdyż nie za bardzo mnie interesują te klimaty w które poszedł zespół. On nadal istnieje mówisz? Nie ważne. Generalnie kawałek SHARP traktuje o słusznej sprawie i będziemy go grać do póki nam się nie znudzi!

W waszych tekstach próżno szukać tematów politycznych. Wydaje mi się, że zespół z Białorusi miał by kilka politycznych tematów do poruszenia, tymczasem wy skupiacie się na typowo subkulturowych tematach. Dlaczego?

– Odpowiedź jest banalnie prosta. Jesteśmy zespołem Oi!, a muzyka Oi! to nie jest anarcho-punk, prawda? Więc śpiewamy o tym, o czym śpiewamy, a ogarnianie tematów politycznych pozostawiamy innym kapelom. Uwierz mi, jest trochę zespołów w białoruskim andergrandzie, więc tych, co opowiadają o szukaniu lepszego życia nie brakuje. My skupiamy się na tematach subkulturowych, bo to jest dla nas ważniejsze. I tak już zostanie.

Określacie się jako zespół antyrasistowski czy mieliście kiedyś przez to problemy ze strony nazi skinów? Istnieje w ogóle na Białorusi jakiś ruch nacjonalistyczno-neonazistowski?

– Z nazi-skinami jako zespół problemów nie mieliśmy, ale jako osoby aktywne, przede wszystkim w ruchu SHARP cały czas coś robimy w kwestii przeciwdziałania rozpowszechnianiu się ideologii neo-nazistowskiej. Czasem wiążę się to z użyciem siły. Tyle na ten temat. Na Białorusi istnieje JAKIŚ ruch nazistowski. Ale to jest karykaturalne środowisko, i co ważniejsze, ta ideologia nie ma żadnego oparcia w zwykłych obywatelach, więc jest to totalny margines. Nie warto o tym nawet rozmawiać, uwierz mi…

 

Jak w tym momencie wygląda scena punk/hardcore/oi na Białorusi? Jakie zespoły są twoim zdaniem warte sprawdzenia? Wychodzą u was jakieś ziny?

– Zine-ów, niestety jest bardzo mało. Epizodycznie ktoś wydaje pierwszy numer pisma, ale na więcej go nie starcza, więc na dzień dzisiejszy nie mogę ci podać żadnego przykładu udanej kontynuacji wydawania zine-ów. Co do zespołów, to scena nie jest zbyt duża, warunki panujące dookoła nie sprzyjają jej rozwojowi. Obecnie można nawet mówić o kryzysie, gdyż od kilku lat nie powstało żadnego nowego wartościowego zespołu – wyjątek stanowi zespół Monday Suicide, którzy współtworzą uczestniczy kultowego zespołu Bagna. Rytm zadają starzy punki. Jak co roku w Mińsku w styczniu jest organizowana duża impreza punk-rockowa z okazji nowego roku. W tym roku na koncercie zgromadziło się ponad 800 osób (nie wszyscy dali radę wejść do środka, bo klub okazał się za mały dla takiej ilości ludzi!), a na scenie grały tylko stare dobrze znane kapele – Mister X, Fuck It All, Face Forward, Bagna oraz Monday Suicide. Tak wygląda sytuacja. Scena trzyma się tylko na zespołach z ugruntowaną pozycją i wyrobioną opinią.

Mógłbyś w kilku zdaniach przybliżyć historię wasze sceny? Kiedy i jak wszystko się zaczęło? Jakie zespoły czy środowiska inspirowały białoruskich punków?

– Białoruś była częścią ZSRR, więc w sposób oczywisty punk-rock docierał do nas przede wszystkim ze wschodu. Po upadku Związku Radzieckiego zrobiło się luźniej, przepływ informacji się zwiększył nieporównywalnie do czasów radzieckich i można już było dostać jakieś płyty z zachodu, przede wszystkim z Polski, ale nie tylko. W pewnym momencie grodzieńska scena punk była uznawana za najmocniejszą na Białorusi: Contra La Contra, Antiglobalizator, Kaljan, Deviation to tylko kilka nazw kapeli, które są znane poza granicami Białorusi. Jako, że Grodno leży przy granicy z Polską, to tą drogą trafiało do nas sporo muzyki w tym również punka z niezależnych wytwórni, których w latach 90. w RP nie było dużo. Obecnie mp3 rządzą światem i młode punki nie muszą nawet wychodzić z chaty, a surfując przez Internet mogą wyszukiwać muzykę, która ich interesuje. W naszych czasach – przed rozpowszechnieniem się Internetu, żeby dostać nagranie jakieś, czy dowiedzieć się co się w świecie dzieje, trzeba było wychodzić na miasto, spotykać się z kumplami, szukać kontaktów w innych miastach, kupować ziny. Teraz to już zupełnie inna epoka, niestety…

1098133_206286342871152_1350765616_n

Czy będąc punkiem na Białorusi trzeba się liczyć z represjami ze strony aparatu państwowego? Czy milicja i inne służby przeszkadzają w koncertach i innych około scenowych działaniach?

– Na Białorusi generalnie trzeba liczyć się z represjami, bez względu na to – jesteś punkiem, czy nie. Co do milicji oraz służb specjalnych, to owszem inwigilacja jest, ale dawno nie zdarzało się jakichś grubszych akcji z rozbijaniem koncertów punkowych przez mundurowych. Ostatnio chyba z rok temu była jakaś awantura w Baranowiczach, kiedy OMON zgarnął zespoły oraz uczestników koncertu i musieli spędzić na komendzie kilka godzin. Ale tam poszło o to, że jakiś konfident współpracujący ze służbami dał im lewy cynk – miało to dotyczyć narkotyków czy coś w tym stylu. Ostatecznie wszystko zakończyło się pomyślnie, z tym, że koncert rozjebali. No, ale to, jak powiedziałem był jeden incydent. Teraz mamy taką fazę, że jak nawet anarchiści w garażu robią koncert zajebiście polityczny, antysystemowy etc., to nikt i im nie przeszkadza, nikt ich nie rusza… Taka dziwna schiza…

Poza działalnością na scenie hc/punk jesteś też mocno zaangażowany w działalność nie uznawanego przez władze Białorusi Związku Polaków na Białorusi. Powiedz proszę jak trafiłeś do tej organizacji, czym z grubsza ona się zajmuje i jaką pełnisz w niej rolę.

– Wiesz, ja nie jestem zaangażowany w żadną działalność na scenie punkowej. Po prostu jestem łysym punkiem i już, hehehehe… Mówiąc na poważnie, to owszem działam w Związku Polaków na Białorusi, nieuznawanym przez łukaszenkowskie władze. Powiem ci, że nigdy bym nie pomyślał, że mnie to spotka. Byłem daleki od całej tej działalności polskiej, mimo iż jestem Polakiem. Nie interesowało mnie uczestnictwo w ZPB. Jednak od 2005 roku jestem mocno w to zaangażowany i chodzi tutaj, jakkolwiek dziwnie to zabrzmi, o honor. Po prostu mam swoje poglądy i kiedy w 2005 roku pomagałem potroszę nowemu kierownictwu organizacji w pewnych kwestiach, nie angażując się za bardzo, nastąpiło rozbicie organizacji przez białoruskie służby specjalne. Nie jestem jakimś tam szlachetnym rycerzem, na pewno mam sporo wad, ale mam też swój honor. Kiedy KGB rozjechało Związek, bijąc, wsadzając ludzi do aresztu, szczując, wszczynając sprawy karne, używając najbardziej paskudnych metod, wielu ludzi się przestraszyło, ktoś uciekł do Polski, ktoś się odciął od ZPB, ktoś banalnie zdradził. Jak powiedziałem, mam swoje poglądy i uważam, że honor to rzecz święta. Dać się zeszmacić, sprzedać się, sponiewierać swoje ideały, to jest najgorsza rzecz, która według mnie świadczy o tym, że człowiek jest totalnym zerem, a nawet i gorzej. W sytuacji, kiedy służby specjalne rozjechały jedyną poważną polską organizację na Białorusi było zaledwie kilka osób, które postanowiły się przeciwstawić temu brutalnemu chamstwu ze strony państwa. Nie mogłem nie wesprzeć tych ludzi, gdyż opuścić ich w tak trudnej chwili, byłoby według mnie zdradą ideałów. Lepiej honorowo polec w nierównej walce z wrogiem, niż dać się zastraszyć i uciec.

Z Polskiego punktu widzenia sytuacja Polaków na Białorusi wydaje się być dosyć skomplikowaną. Istnieją dwa Związki Polaków, uznawany przez władze białoruskie, ale nie przez polskie oraz ten w którym się udzielasz, uznawany przez Polaków, ale nie przez Białorusinów. Mógłbyś w kilku słowach objaśnić sytuację? Skąd taki podział wśród białoruskiej polonii?

– Powiem, że podziały wśród Polaków oraz polonii na całym świecie są bardzo duże – tak również jest i na Białorusi. Widać to nasza cecha narodowa – kłócić się jeden z drugim o jakieś banały. Sprowadzanie naszej sytuacji do istnienia dwóch Związków nie jest poprawne. Związek zawsze był i pozostaje jeden. Z tym, że gdy w 2005 roku mimo OLBRZYMIEJ presji ze strony władz na kierownika organizacji wybrano młodą działaczkę Andżeliką Borys. Pierwsi przedstawiciele władz, którzy zapukali do drzwi jej gabinetu byli KGBiści. Zaproponowano jej współpracę. Odmówiła. Miesiąc później Ministerstwo Sprawiedliwości unieważniło wyniki zjazdu, na którym A. Borys została wybrana na prezesa. Potem było już tylko gorzej – areszty, olbrzymie kary dla aktywnych działaczy, pałowanie (w tym nierzadko bicie starszych osób), przejmowanie siłą majątku organizacji, ciągła presja na działaczy w skali całego kraju. Po rozbiciu Związku władze potrzebowały jakiegoś substytutu, żeby na potrzeby propagandy móc powiedzieć, że Polakom się na Białorusi żyje dobrze. Tak został stworzony – od zera, w wyniku działań administracyjnych – tak zwany „Związek” uznawany przez władze w Mińsku. Jest w nim kilku byłych działaczy prawdziwego Związku, są to osoby wielokrotnie skompromitowane, ale większą część stanowią lokalni urzędnicy, którzy zostali przydzieleni do funkcji bycia członkiem tzw. Związku ze względu na to, że mają polsko brzmiące imię oraz nazwisko! To jest przykre, ale prawdziwe. Władze białoruskie posiadają dobrze działający aparat represji, maja na swoich usługach olbrzymią machinę propagandową, więc przy pomocy tych dwóch narzędzi potrafią stworzyć obrazek iście anielskiego życia Polaków w państwie Łukaszenki. Niestety, obrazek stworzony przez propagandę na użytek reżimu pozostaje tylko „obrazkiem”, a rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej…

 

Jak udaje ci się rozdzielać obowiązki działacza ZPB z życiem subkulturowym? Nie wydaje ci się, że jest to swoiste rozdwojenie jaźni. Z jednej strony poważna działalność, spotkania z ważnymi ludźmi, kontakty z establishmentem a z drugiej tatuaże, brudne kluby, głośna muzyka, trasy koncertowe, alkohol?

– Dobre pytanie. Powiem ci, że ja osobiście żadnych problemów nie mam, gdyż nie pełnie żadnych funkcji reprezentacyjnych, a jako że w ZPB jest ponad 5 tys. osób, to może się w nim znaleźć kilku punków, takich jak ja, hahahah… Skoro nie robie nic na przekór swoim poglądom, to gdzie tutaj rozdwojenie jaźni? Owszem, jestem punkiem, mam tatuaże, śpiewam wulgarne piosenki. Jednak, kiedy wypada mi być na jakichś spotkaniach oficjalnych, uwierz mi, zachowuję się normalnie – nie przeklinam, nie zachowuję się agresywnie, generalnie gdyby nie mój ubiór czy tatuaże, to mógłbym wyjść na całkiem porządnego obywatela, hahahah… Nie, poważnie, uwierz mi, dużo o tym myślałem… Nie uważam, że coś robię nie tak.: nie okłamuję ludzi, nie napinam się, nie udaję kogoś, kim nie jestem. Owszem, moje szpetne tatuaże mogą kogoś przerażać, czasem zachowuję się dziwnie, ale poza tym nie taki ze mnie straszny typ. Kończąc temat mogę powiedzieć tylko tyle, że mam zajebiście barwne życie, którego nie jeden „normalny obywatel” mógłby mi pozazdrościć. Pamiętam dwa lata temu byłem na spotkaniu ze śp. Lechem Kaczyńskim. Świeżo po wyjściu z aresztu, gdzie mnie i jeszcze kilku działaczy wsadzili za pikietę pod Domem Polskim w Grodnie. Wiesz, pożartowaliśmy sobie, może i wyszedłem na głupka, że zaczepiłem Prezydenta RP z jakimiś pierdołami, ale co mi tam – mam zdjęcie z Lechem Kaczyńskim, moja mama jest ze mnie bardzo dumna, a ja mam zajebiste wspomnienia i kiedyś to opiszę w pamiętnikach. Najważniejsze w tym wszystkim, że się nigdzie nie pchałem, a wszystko wyszło samo jakoś tak przez się. Więc co ja mam teraz mieć wyrzuty sumienia, czy co?! Jestem mniej punk niż przed tym?!

Twoja żona jest P.O. prezesa ZP na Białorusiu, co wystawia was oboje na represje władz. Sam kilku krotnie zresztą byłeś aresztowany. Czy w związku z tym nie myślałeś by dać sobie spokój z działalnością polityczną i np. wyprowadzić się z rodziną do Polski by prowadzić normalne, bezpieczne życie?

– Ja nie prowadzę żadnej działalności politycznej. Zacznijmy od tego. Moja żona również nie. Organizacja jest społeczna. To nie jest partia polityczna. Problem w tym, że w państwie Łukaszenki wszystko nabiera wymiaru politycznego – taka już jest istota systemów autorytarnych czy quasi-totalitarnych. Nigdy nawet nie zastanawialiśmy się nad wyjazdem. Mieszkamy na tej ziemi i niech już tak zostanie. Nie uważam, że nasze życie jest nienormalne. Owszem, jest barwne, pełne niespodziewanych zwrotów akcji, nowych, nieraz bardzo nieprzyjemnych, doświadczeń, ale nigdy nie chciałbym go zmieniać. Nie interesuje mnie spokojne życie, karne chodzenie 5 dni w tygodniu do pracy i totalny brak perspektyw. Wszędzie jest źle, jak nie ma się kilku milionów dolarów na koncie. Takie moje motto życiowe. Więc nie ma co się wysilać! Żyjemy tu i teraz! Trzeba umieć docenić każdą chwilę i miejsce w którym się mieszka, nawet jeśli warunki są mało ciekawe i otaczający cię ludzie nie są ci nazbyt przychylni.

Jak uczy historia każdy reżim prędzej czy później upada. Czy myślisz, że tak podzielona jak dziś białoruska opozycja jest w stanie stworzyć jakąś sensowną alternatywę dla rządów Łukaszenki? Czy twoim zdaniem Białoruś bez Łukaszenki zwiąże się bardziej z Rosją czy może pójdzie w stronę integracji z zachodem?

– Obecnie opozycja białoruska jest słaba i podzielona, nie ma żadnych szans na stworzenie jakiejś sensownej alternatywy dla Łukaszenki. Wszystkie próby zjednoczenia opozycji są rozbijane przez władze. Moim zdaniem Łukaszenko nie ma innego wyboru jak tylko coraz bardziej pogłębiać integrację z Rosji. Zapędził się w kozi róg i teraz nie ma dla niego wyjścia innego, jak tylko powolna (pełzająca) inkorporacja Białorusi przez Rosję. Oczywiście, nie nastąpi to jutro czy za rok, ale jeśli pewnego dnia przyjdzie mi się obudzić w Rosji, będzie to jedyny argument, który mnie przekona do wyjazdu do Polski. Z całym szacunkiem dla Rosjan, ale za nic w świecie nie chcę mieszkać w Rosji! No i jeszcze taki ważny szczegół – Grodno jest polskie!10848581_400859403413844_5075706266679984141_o

Jak w ogóle widzisz przyszłość Białorusi? Czy twoim zdaniem reżim Łukaszenki chyli się ku upadkowi czy może się wzmacnia? 

– Reżim trzyma się mocno. Kryzys, oczywiście, uderzył w cały ten system, ale moim zdaniem do końca jeszcze daleko. W mojej ocenie Łukaszenko nie zawaha się użyć siły przeciwko własnym obywatelom, jeśli będzie widział, że tylko tak będzie mógł zachować władzę w swoich rękach. W tej kwestii jestem pesymistą i, niestety, uważam, że musimy się liczyć z najbardziej nawet krwawym scenariuszem…

Mimo represyjności państwa Łukaszenko cieszy się autentycznym poparciem dużej grupy Białorusinów. Jak sądzisz dlaczego?

– Odpowiedzi są dwie: pieniądze z Rosji oraz monopol władzy na media. Rosja pompuje w Białoruś olbrzymie pieniądze, chociaż ostatnio coraz mniej chętnie, ale nadal Moskwa wspiera reżim Łukaszenki i to bardzo konkretnie – preferencje, taryfy ulgowe, niskoprocentowe kredyty itp. Zaś media państwowe opowiadają o tym, jak zajebiście jest być mieszkańcem Białorusi i jak źle się żyje w tejże Rosji, Polsce czy całej Unii oraz USA. Niestety znaczna część obywateli Białorusi nie ma dostępu do alternatywnych źródeł informacji, ale to mimo wszystko się zmienia na lepsze.

Temat Białorusi jest stale obecny w polskich mediach, lecz kręci się on głównie wokół tematów, biedy, represji i Łukaszenki. Powiedz proszę w kilku słowach jak wygląda zwykłe szare, codzienne życie w Twoim kraju.

– Tutaj nie będzie żadnych rewelacji. Życie codzienne zwykłego obywatela wygląda tak jak wszędzie: praca, rodzina, jakieś spotkania z przyjaciółmi, problemy, wzruszenia, chwile radosne i te mniej. Zwykłemu człowiekowi wszędzie żyje się tak samo trudno. Nie ważne czy to Białoruś czy Stany Zjednoczone. Wszędzie trzeba pracować i to ciężko, zwłaszcza w dobie kryzysu. Poza tym, jak człowiek nie ma większych aspiracji tylko myśli o tym, jak się poobijać w pracy i jebnąć taniego winka po drodze do domu, to jeszcze przez 2 lata Białoruś będzie prawdziwym rajem dla takich osobników. Niestety za dwa lata produkcja taniego „wina marki wino” ma zostać definitywnie zakończona i nie kupi już człowiek sobie na uspokojenie słabych nerwów 0.7 litra za 1.5 złotego.

To wszystko. Dzięki za poświęcony czas. Masz jeszcze na koniec coś do przekazania naszym czytelnikom?

– Chciałbym podziękować wszystkim tym, którzy dobrną do końca tego wywiadu, redakcji waszego poczytnego pisma oraz oczywiście tobie. Przychodźcie na koncerty zespołu MISTER X! Oi!

 

Rozmawiał Wiktor Rykaczewski