BOMBAT BELUS – Z warszawskim sznytem CD
Bad Look 2014

Stołeczny Bombat Belus to jeden z nielicznych w Polsce przedstawicieli psychobilly. Całkiem żywotny przedstawiciel trzeba przyznać. Zespół w ciągu około 2-3 lat wydał dwa dema, winylową 7” (pierwsze takie wydawnictwo w historii polskiego psycho) oraz opisywaną przeze mnie płytę – „Z warszawskim sznytem” – grając do tego całkiem sporo koncertów.

Kapela na szczęście nie bawi się w grupę rekonstrukcyjną i całkowicie omija zamulającą stylistykę rockabilly wycinając żwawe, klasyczne i mocno podszyte punk rockiem psycho. Myślę, że papcio Fenech oraz wujek Sparky byli by dumni. O punkowości tych kawałków świadczą przede wszystkim szybkie tempa oraz użycie zwykłej basówki zamiast kontrabasu, co pozbawia muzykę charakterystycznego dla gatunku klaskania w tle.

Kawałki zawarte na debiutanckim longu to prawdziwe błyskawicznie wpadające w ucho szemrane szlagiery. Minimalnie przesterowana gitara wygrywa niezłe melodie a motoryczny bas i perkusja napędzają ten opętany muzyczny pociąg. Słucha się tego naprawdę świetnie. Przebojowość podbijają liczne chórki a prowadzący wokal wykazuje idealną wręcz dawkę szaleństwa i zadziorności.

Z muzyką doskonale współgrają teksty obracające się w większości wokół trzech tematów: stosunków damsko-męskich, przemocy i alkoholu. Te pierwsze przedstawione są w dosyć rubaszny i bezceremonialny sposób. Ale panie, to jest przeca Praga a nie jakieś Miasteczko Wilanów, tu musi być brutalnie i dosadnie („Ballada”, „Dziadeczek”).

Przemoc to historie o psychopatach („Stary zły”, „Psycho Franek”) i chojrakach, którzy też raczej do zrównoważonych psychicznie nie należą („Miecio mutant”).

Z alkoholem też nie ma lekko. Nikt tu nie pije wina do kolacji. Liczy się wóda i browary i to tylko w dawkach przekraczających śmiertelne. Czasem nawet trzeba pić z nieproszonymi gośćmi – samymi Zarazą, Głodem i Strachem („Jest źle”). Po takich balangach przebudzenie może być bolesne, aż czasem ciężko poznać w lustrze swoją twarz („Gęba”).

„Z warszawskim sznytem” to naprawdę super album. Bezpretensjonalny, trochę dekadencki, oblany klimatem szemranej Warszawy (cover przedwojennej piosenki „Chodź na Pragę”) i szaleństwem. Osobiście uważam, że jest to jedna z najlepszych polskich produkcji z kategorii psychobilly, której jedynie mogą podskoczyć płyty nie istniejącego już Robotixa wydane ponad 10 lat temu.

Wiktor Rykaczewski